niedziela, 28 lipca 2013

Rozdział III



Monongahela National Forest. W południowej części lasu.
- To był super pomysł – pochwaliła go ciemnowłosa blondynka, Cornelia. Rozpalała ognisko. Matt posłał jej promienny uśmiech. Poczuła znowu motylki w brzuchu. Byli przyjaciółmi od przedszkola, ale ona chciała czegoś więcej, tylko nie była pewna czy on też tego chce.
 Isabelle o czarnych włosach i bystrym wzroku wróciła z drewnem do ogniska. Towarzyszył jej chłopak, David, blondyn, wyglądający zawsze jak gwiazda filmowa. Cornelia zazdrościła im tak idealnego związku. Pragnęła by ją to też kiedyś spotkało, z Mattem oczywiście. John i James rozkładali namioty, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Kiedy udało się rozpalić ognisko, wszyscy usiedli wokół. Piekli kiełbaski. Noc pokryła cały las. Słychać było w oddali odgłos sowy. Isabelle wtuliła się Davida, szeptając mu coś do ucha. Później wstali i ruszyli w głąb lasu.
- Tylko nie pieprzcie się tam za długo. – rzucił za nimi John. David pokazał mu środkowy palec i pociągnął dziewczynę za sobą. Niedługo potem dobiegł przerażający wrzask Isabelle. James wyciągnął pistolet i wszyscy ruszyli w stronę hałasu.
Kiedy dotarli, zobaczyli stworzenie przypominające człowieka, które karmiło się ciałem Davida. Isabelle stała sparaliżowana trochę dalej, opierała się o drzewo. Corneli zbierało się na wymioty. Potwór uzbrojony w ostre kły i pazury, rozrywał ciało chłopaka. James wymierzył w potwora kilka pocisków. Potwór ryknął, ale nie z bólu, był rozzłoszczony. Ruszył na Jamesa. Wbił pazury w jego ramię, James wykrzywił twarz z bólu. Matt pociągnął dziewczyny w miejsce, gdzie rozbili biwak. Biegli co sił w nogach, stwór dopadł również Johna, a potem podążył za resztą. Przedzierali się jak najszybciej przez roślinność, potwór był coraz bliżej. Zeskoczył z drzewa i złapał Matta i Isabelle. Cornelia odwróciła się, Matt krzyknął:
- Uciekaj!! Cornelia, Uciekaj!!
Stwór pociągnął swoje zdobycze. Spojrzała ostatni raz i wypełniła jego polecenie. Drżała na całym ciele, a nogi miała jak z waty. Zauważyła namioty. Jeszcze trochę, wytrzymasz. – przykazała sobie. Nagle potknęła się o gałąź i upadła, tracąc przytomność.

*  *  *

Holly oparta o maskę Impaly, obserwowała jak Dean wlewa paliwo do baku samochodu. Znajdowali się na stacji, 5 km od Wirginii Zachodniej. Sam wyszedł z sklepu, uśmiechając się.
- Jakaś nowa robota? – spytał brata, nie spoglądając na niego.
- Tak. – odpowiedział – W Monongahela National Forest doszło do strasznego wypadku. Dziewczyna, która przeżyła, mówiła, że napadł ich dziwny człekokształtny stwór, ale nikt jej nie wierzy i uważają, że to niedźwiedź.
- Człekokształtny, mówisz? – na ustach Deana pojawił się złośliwy uśmieszek. – Śmierdzi mi to wendigo.
- Czym?
- Nigdy nie słyszałaś o nich? – Dean podniósł brwi z zaskoczenia – A podobno taka z ciebie dobra łowczyni. – i znowu ten uśmieszek. Holly spiorunowała go wzrokiem. Dean był najbardziej wkurzającą osobą na świecie.
- Wendigo pochodzi z indyjskiej mitologii. – zaczął tłumaczyć Sam – Mówi się, że wcześniej byli to ludzie. Kiedy w zimie byli odcięci od jedzenia, zjadali swoich towarzyszy. Im więcej jedli ludzkiego mięsa, tym bardziej zamieniali się w potwory. Przez wiele lata hibernują się w ciemnych, opuszczonych miejscach, a jak się już obudzą, zaczynają polować na ludzi i robią ,,zapasy” na następne lata. Nasz wendigo właśnie teraz to robi.
- To okropne. – wyraz twarzy miała zniesmaczony.
- No to musimy powstrzymać naszego ,, niedźwiadka”. – powiedział Dean.
- Jak?
- Ogniem. – odparł Sam.

*   *  *

Dojechali do miejscowego komisariatu. Sam wyciągnął pudełko, w którym było pełno identyfikatorów.
- Wow! To prawdziwe? – na twarzy Holly pojawiło się zdumienie. Sam przytaknął.
- Parę z nich już nie żyje, a reszta to takie debile, aż się dziwię, że jeszcze mózgu nie zgubili – w głosie Deana było słychać pogardę.
- Mamy problem. Nie mam dla niej identyfikatora.
- Możemy ją przebrać za faceta. – wymamrotał. Sam spojrzał na Deana jak na idiotę. – No co? – wzruszył ramionami – Jakieś wąsy się znajdą . . .
- Nie będę się przebierać za faceta. – oznajmiła.
- A szkoda. Było by ci do twarzy. – zaczął się z nią drażnić. Holly miała go już walnąć, ale Sam uciszył ich.
- Spokój! Nie będzie żadnych przebieranek, a Holly będzie udawać praktykantkę.
- Bardzo seksowną praktykantkę. – posłał jej swój zabójczy uśmiech.
- W twoich snach. – prychnęła i wyszła z auta. Sam nabijał się z brata.
- Czego tak rżysz?
- Wreszcie jakaś dziewczyna oparła się twoim tandetnym podrywom. Robisz się coraz gorszy w te klocki, stary.
- Nie prawda. – żachnął się. Sam poklepał go po ramieniu i poszedł za Holly. Chwilę potem Dean zrobił to samo.
Środek budynku wyglądał tak jak inne komisariaty. Półki zapełnione jakimiś dyplomami i pucharami i  sterta dokumentów walająca się na biurku, za którymi siedział siwowłosy szeryf. Miał poważny wzrok i parę zmarszczek w kącikach ust i oczu oraz na czole. Ubrany był w oliwkowy mundur policyjny.
- Dzień dobry. – przywitał się grzecznie Sam – Jestem Will Collins, a to jest Cole Martin. – wskazał na Deana i pokazali swoje identyfikatory. Zmierzył ich podejrzanym wzrokiem, a potem spojrzał na Holly.
- A ta dziewczyna?
- To Emy Johnson. Nasza praktykantka. Przysłali nas ze Służby Leśnej w sprawie tego . . . no wie pan. – Dean spojrzał znacząco na szeryfa.
- Wiem, ale nikt nas nie uprzedził o waszym przyjeździe.
- No tego można było się spodziewać po naszym szefie. – Sam szturchnął dyskretnie brata, a ten  szybko spiorunował go wzrokiem i uśmiechnął się sztucznie do szeryfa. Szeryf zmarszczył brwi.
- Po prostu nie było czasu was informować – wytłumaczył w końcu Sam – a najważniejsze jest to, żeby ich odnaleźć.
- Tak.
- A możemy dostać adres tej dziewczyny? - kiwnął i podał Samowi na kartce jej adres.
- Udanego śledztwa. – powiedział na pożegnanie.


Pojechali pod wskazany adres. Dom dziewczyny mieścił się w Glenville na 304 East Mein Street. Budynek był wybudowany z czerwonej cegły. Parterowy z ładnie udekorowanym kwiatami, gankiem. Sam zadzwonił na dzwonku do drzwi. Otworzyła im ciemnowłosa blondynka. Była bardzo ładna. Miała wysokie kości policzkowe, wyraźnie zarysowane, rysy twarzy delikatne i harmonijne jak u Holly. Była drobnej postury. Na twarzy i na rękach miała niewielkie zadrapania, pewnie od gałęzi, jak uciekała przed potworem. Holly zrobiło się jej żal, pamiętała jak zobaczyła pierwszy raz demona, jak jej życie potem się zmieniło. Dowiedziała się, że świat nie jest taki jak sobie wyobrażała, te wszystkie potwory czające się w mroku. Po takim czymś, człowiek inaczej patrzy na świat, jest bardziej skryty, bo wie, że nawet najbliżsi go nie zrozumieją. Ale Holly miała wtedy wsparcie, jej rodzice byli łowcami, wiedzieli, że ich córka nie wariuje, a ta dziewczyna męczyła się z tym wszystkim sama i to było najgorsze. Strasznie tęskniła za rodzicami, zazdrościła dziewczynie, że i tak ma ich przy sobie, a Holly ich straciła przez tego demona. Jej jedynym marzeniem było zgładzić Samaela. Własnymi  rękami.
- Hej. Cornelia, tak? – spytał Sam. Przytaknęła. – Jestem Will. – przedstawił się – A to moi przyjaciele. Cole i Amy. – wskazał na nich. – Jesteśmy ze służby leśnej w sprawie wczorajszego zdarzenia.
- Wchodźcie. – otworzyła szerzej drzwi. Przeszli przez korytarz do pięknego salonu pomalowanego na biało. Przy prawej ścianie stała czerwona, skórzana kanapa. Przed nią był mahoniowy stolik, a naprzeciw kanapy, wisiał duży plazmowy telewizor. Po bokach na półkach stały stare figurki indonezyjskie. Holly, Dean, Sam usiedli na kanapie. Cornelia zniknęła za ścianą. Dean położył nogi na stoliku. Holly zmierzyła go groźnym wzrokiem , a on przewrócił oczami i ściągnął nogi z blatu. Cornelia przyniosła ciasteczka i kawę. Usiadła naprzeciw na fotelu.
- Więc jak to się stało? – zagaił Sam. Dziewczyna upiła łyk kawy i zaczęła opowiadać:
- Wybraliśmy się do lasu na biwak. Ja, Matt, David, Isabelle, John i James. Siedzieliśmy sobie przy ognisku, David i Isabelle poszli głębiej do lasu. Potem dobiegł nas krzyk Isabelle. Pobiegliśmy tam, James zabrał ze sobą pistolet. Myśleliśmy, że to jakieś dzikie zwierze, ale to wyglądało jak człowiek, obleczone było szarą skórą. Widać było mu kości, twarz miał pomarszczoną. Jego długie ręce uzbrojone były w szpony i miał ze 4 metry. Karmił się Davidem. – zrobiła chwilową przerwę w mówieniu. Zaciskała dłonie, aż knykcie jej pobielały, ale to jej pomogło aż tak nie drżeć. Opowiadała dalej – James strzelił do niego, ale on był jak nieśmiertelny . . .
- Nieśmiertelny, nie. – wtrącił się Dean – A pociskiem go tylko rozzłościsz.
- No więc – drążyła dalej – zaatakował Jamesa i Johna. Mi, Mattowi i Isabelle udało się uciec, ale i tak nas dopadł. Porwał Isabelle i Matta – nagle zaniosła się płaczem. Holly podeszła do niej i ją przytuliła. Cornelia pociągła nosem. – Ja zemdlałam. Znalazł mnie potem przechodzący turysta. Proszę pomóżcie mi ich znaleźć. – chlipnęła – Wszyscy myślą, że to niedźwiedź, ale ja wiem co widziałam.
- Odnajdziemy ich. – Sam posłał jej blady uśmiech.
- No jasne. Wendigo już nie żyje. – uśmiechnął się Dean z ustami pełnymi ciastek. Cornelia zaśmiała się.
- Przypominasz mi Matta. Zawsze umiał mnie rozśmieszyć. – oczy dziewczyny zaszły znowu łzami. – Nie chce, żeby coś mu się stało.
- Nie stanie. – zapewniła ją Holly. Dziewczyna podziękowała jej uśmiechem, a potem zapytała:
- A w ogóle co to te wendigo?
Sam opowiedział jej wszystko o tym potworze.
- O nie! Już po nich. – na jej twarzy pojawiło się przerażenie.
- Nie. Wendigo swoje zapasy trzyma żywe, więc miejmy nadzieję, że jeszcze ich nie pożarł. – Dean starał się dziewczynę jakoś pocieszyć, ale nie wychodziło mu to. Była jeszcze bardziej wystraszona. – Ale spokojnie, uwolnimy ich. – dodał szybko, by ją uspokoić.
Łowcy wstali i ruszyli do wyjścia. Cornelia zatrzymała ich.
- Idę z wami. – oznajmiła.
- Nie możesz, to dla ciebie niebezpieczne. – powiedział Sam.
- Mam to gdzieś! – tupnęła nogą jak małe dziecko, któremu odebrano zabawkę – Jeśli mnie nie zabierzecie, to sama pójdę ich odnaleźć. – zagroziła. Sam westchnął.
- No dobra. Ale trzymaj się nas.
Cornelia zostawiła liścik mamie, w którym napisała, że poszła nocować do kuzynki, która mieszkała w następnym mieście. Nie chciała by mama się martwiła. Miała nadzieję, że nie będzie dzwonić do kuzynki i sprawdzać czy naprawdę tam jest. Wzięła jeszcze ze sobą parę potrzebnych rzeczy i wyjechali. Dwie godziny potem byli już przed wejściem do lasu. Powierzchnia lasu wynosiła 3683 kilometrów kwadratowych. Zaparkowali Impale. Sam wyciągnął z bagażnika broń, która miała podobną budowę do gaśnicy, ale strzelała ogniem. A potem ruszyli w głąb lasu. Były tam przeróżne gatunki drzew. Iglaste mieszały się z liściastymi. Cornelia zaprowadziła ich w to miejsce. Wszystkie rzeczy były już zebrane, został tylko ślad po ognisku.
- To tu rozbiliśmy biwak. – powiedziała Cornelia – A tam na wschód, ten stwór nas zaatakował.
- No to idziemy. Pewnie ma gdzieś tam jakąś kryjówkę. – odezwał się Sam.
Kiedy szli, szukając jakiejkolwiek wskazówki, gdzie może się podziewać wendigo, Caroline zagaiła:
- A tak naprawdę, kim jesteście?
- Co? – rzuciliśmy zaskoczeni we trzech, jednocześnie.  
- Nie wyglądacie mi na strażników lasu. – uśmiechnęła się.
- Masz rację. Nie jesteśmy strażnikami. – przyznała Holly. – Jesteśmy łowcami. Polujemy na różne potwory.
- Oooo . . . a jakie? Wampiry? – dopytywała.
- Tak i nie tylko. Ale nie są tak przyjazne jak w Zmierzchu. – dodał Dean.
- I nie boicie się?
- Nie – odparł dumnie Dean.
- Nie myśl sobie, że Dean niczego się nie boi. – Holly zmierzyła go wzrokiem. – Zawsze nas ogarnia strach, ale nie możemy dopuścić by nas dopadł. Musimy z tym walczyć. Staramy się wtedy myśleć o ludziach, którym uratowaliśmy życie. To nam pomaga pokonać lęk.
- Też chciałabym być tak odważna.
- Jesteś. Przyszłaś tu ratować swoich przyjaciół przed potworem. To jest właśnie odwaga.
- Ta, a potem i tak lądujesz w brzuchu wendigo. – skomentował to Dean. Holly wzięła z ziemi patyk i wymierzyła nim w plecy Deana. – Auuu!! – wymamrotał wkurzony. – Za co to?
- Za twoje głupie docinki. – wycedziła przez zęby. Dean coraz bardziej doprowadzał ją do szału.
- Cicho bądźcie. – uciszył ich Sam. – Chyba znaleźliśmy jego kryjówkę.
Potwór wylazł z jaskini i ruszył na dalsze polowania. Kiedy zniknął z pola widzenia, Sam, Dean ruszyli na czele, skradając się do groty. W jaskini było ciemno i pachniało czymś nieprzyjemnym, jakby rozkładającym się ciałem. Sam włączył latarkę. Szli przez długi tunel, aż doszli do ,,spiżarni” potwora. Cornelia podbiegła do Matta. Wisiał, przywiązany za ręce. Otworzył lekko oczy i skierował swoją zmęczoną twarz na dziewczynę.
- Matt, jestem przy tobie. Zaraz będziesz wolny. – zaczęła się szarpać z węzłem.
- Cornelia? Co ty tutaj robisz? – głos miał zachrypnięty.
- Przyszłam cię uratować.
- Nie. Uciekaj. Ten potwór tu wróci.
- Nie zostawię cię tu. Łowcy nam pomogą.
- Kto? – wychrypiał.
- Później ci wytłumaczę. Teraz musimy uciekać. – kiedy udało się jej rozwiązać supeł, wzięła go pod ramiona. Sam pomógł Isabelle. Caroline zobaczyła w kącie rozszarpane ciało Johna i Jamesa. Łzy polały się jej rzęsiście. Matt spojrzał na nich, smutno. Straciła tak wiele przyjaciół. John i James zawsze uśmiechnięci. David zawsze taki opiekuńczy i wyrozumiały. Na zawsze ich takich zapamięta.
- Niech to szlak! – zaklął Dean – Idzie tu. – rzucił Holly broń i schowali się niedaleko wejścia. Reszta też się schowała. Wielkie człekokształtne stworzenie weszło w głąb pieczary. Łowcy zaatakowali go z tyłu i wymierzyli mu gorące powitanie. Stwór ryknął przeraźliwie i spłonął, zostawiając po sobie popiół.


*  *  *

- Dziękujemy wam, nie wiem co byśmy bez was zrobili. – wyściskała łowców po kolei.
- Nie ma za co – Dean odparł z łobuzerskim uśmiechem, kiedy Cornelia go przytuliła, a potem Isabelle. – To nasza praca.
Holly westchnęła. Co za żałosny dupek! – pomyślała. Miała ochotę znowu go walnąć. Gdy się już pożegnali, weszli do samochodu.
- To gdzie teraz jedziemy? – spytał Sam.
- Może do Chicago. Zagramy w pokera. – podsunął Dean.
- No to do Chicago. – rzucił entuzjastycznie Sam. Ruszyli w drogę.

wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział II



- Sam, co jest? – jego mina zaniepokoiła ją – Sam? – powtórzyła. Zerknął na brata, a potem znowu powrócił wzrokiem na Holly.
- Demony mają twoich rodziców.
Żołądek podszedł jej do gardła, zrobiło się jej niedobrze. Lekko się zachwiała. Dean chciał ją chwycić, żeby nie upadła, ale odepchnęła go.
- Nic mi nie jest – zapewniła go i wzięła torbę, kierując się do wyjścia.
- Nie możesz tam iść! – zawołał za nią Sam.
- Tam są moi rodzice! – szepnęła gorączkowo – Nie mogę zostawić ich na pastwę demonów. – rzuciła torbę na łóżko i usiadła na nim, chowając twarz w dłoniach.  – To moja wina. Nie powinnam uciekać z domu. Powinnam z nimi zostać.
Dean usiadł obok niej.
- Nie prawda. Skąd mogłaś o tym wiedzieć.
- To było oczywiste, że będą mnie szukać. Od dziecka ukrywam się przed nimi.
- Co? – Sam był naprawdę zaskoczony. – Czego od ciebie chcą?
- Nie wiem.  – skłamała. Dobrze wiedziała czego chcą , ale nie chciała im tego mówić.
- No to teraz tym bardziej nie możesz tam iść, na pewno to pułapka. – Dean wstał i zaczął powoli kierować się do drzwi.
- I tak pójdę! – krzyknęła za nim. Odwrócił się do niej.
- Wiem, i dlatego idę bo broń, musimy się przygotować. – obdarzył ją swoim szelmowskim uśmiechem i wyszedł.

           *  *  *


Jechali drogą nr 70, łączącą Kansas i St. Louis. Dean prowadził, obok niego na miejscu pasażera siedział Sam, a Holly z tyłu. Nagle przeszła ją okropna myśl, że nie zdążą, że jej rodzice . . . Odsunęła ją szybko i spojrzała na Dean’a. Patrzył w skupieniu na drogę, zerkając raz od czasu na Holly.
- Aż tak jestem piękny, że się tak we mnie wpatrujesz? – uśmiechnął się łobuzersko do lusterka.
- Skromny na pewno. – posłała mu ironiczny uśmiech. – A czy piękny, o tym mogłabym jeszcze podyskutować.
Sam zachichotał pod nosem, a Dean zmroził go spojrzeniem, później wrócił wzrokiem na drogę przed sobą. 

Piętnaście godzin potem byli w południowej części Stanów Zjednoczonych, w stanie Floryda, w rodzinnym mieście Holly na przedmieściu Orlando. Dean wjechał na ulicę Colyer i zaparkował przy domu z nr 1036. Na ulicy było dziwnie pusto jak na poranną porę dnia. Holly wysiadła z samochodu. Dom parterowy w kolorze kremowym wydawał się jakby opuszczony, ganek od frontu był pusty, a okna zasłonięte zasłonami, ale Holly dobrze wiedziała, że w środku są jej rodzice . . . razem z demonami. Sam wyciągnął broń i inne rzeczy potrzebne w obronie przed demonami. Przeszli na tyły domu. Dean szperał chwilę przy oknie, a kiedy udało mu się je otworzyć, po cichu wszedł przez nie. Za nim ruszyła Holly a potem Sam. W kuchni było trochę ciemniej niż na zewnątrz. Holly potknęła się i upadła prosto w ramiona Dean’a. Spojrzeli sobie głęboko w oczy, Dean’a ta sytuacja widać bardzo bawiła, ale nie Holly. Odsunęła się szybko od niego. Była wdzięczna, że odwrócił wzrok i nie zauważył jej rumieńców, które oblały jej drobne policzki. Kuchnia niczym się nie zmieniła od jej ucieczki z domu. Piękne meble z jasnego drewna stały w lewym rogu pomieszczenia, na środku był w tym samym odcieniu drewna, stół z czterema krzesłami. Ściany były pomalowane na jasną zieleń. Dean podszedł do lekko uchylonych drzwi i zaczął podsłuchiwać. Holly z Samem zbliżyli się. Usłyszeli głosy:
- Ile jeszcze będziemy czekać, panie? – spytał jeden z demonów.
- Jeszcze chwilę, Ezekielu. – odpowiedział głos niski i władczy. Holly przeszedł zimny dreszcz po całym ciele. Znała ten głos. To był Samael. Ten sam przed którym ukrywała się. Nagle zrobiło się cicho, za cicho. Dean wyciągnął z kieszeni kurtki pistolet 9mm Glock i szybko naładował go. Odsunęli się, drzwi do kuchni otworzyły się, przez nie wszedł demon. Miał włosy czarne, prawie do ramion i dziki wzrok. Siłą woli przypiął Dean’a  i Sam’a do ściany. Pistolet wypadł mu z dłoni. Holly chciała zaatakować demona, ale stanęła sparaliżowana, kiedy w pomieszczeniu znalazł się Samael.  Miał na sobie długi, czarny, męski płaszcz. Zimny wzrok skierował na Holly i uśmiechnął się do niej sztucznie.
- Jak miło cię widzieć. Znowu.
- Gdzie są moi rodzice? – spytała ostro, starając się nie pokazywać przerażenia w głosie.
- W salonie. – odpowiedział.
Spojrzała na chłopaków. Dalej byli przypięci do ściany. Po ich minach widać było, że aż korci ich by sprać te wszystkie demony. Ezekiel stał obok i uśmiechał się szyderczo. Holly chciała zaatakować któregoś, ale dobrze wiedziała, że nie jest na tyle doświadczona, żeby sobie poradzić z tymi dwoma, a co dopiero z resztą. Przeszła obok Samaela i ruszyła przez korytarz do salonu. Samael szedł za nią. Usłyszała za sobą krzyk Dean’a:
- Nie idź tam!! To pułapka!!
- Zamknij się, głupi łowco!! – warknął na niego Ezekiel.
W salonie rodzice siedzieli na krzesłach, byli związani, a w ustach wepchnięto im knebel. Ruszyła do nich, ale demony, które stały obok odepchnęły ją i upadła na podłogę. Ojciec Holly zaczął się wiercić, a demon uderzył go w twarz.
- Jeśli jeszcze raz się poruszysz, to wykręcę ci łeb. – wycedził demon o blond włosach.
Holly podniosła się i spojrzała z nienawiścią na Samaela.
- Czego chcesz??!!
- Nie udawaj głupiej, wiesz dobrze.
- Nie pomogę ci!
Kiwnął w stronę tych dwóch demonów stojących obok rodziców Holly, a oni szybkim ruchem wbili sztylety w rodzicielów dziewczyny, prosto w serce.  Przez knebel w ustach ich przeraźliwy krzyk z bólu został zdławiony. Demony odwiązały ich, a oni upadli na podłogę zakrwawiając dywan.
- NIE!!! – krzyknęła rozpaczliwie i podbiegła do nich. Upadła przy nich na kolana. Ojciec mocno chwycił ją za dłoń. Odwzajemniła uścisk i  chwyciła również dłoń matki.  
- Uważaj na siebie, córeczko i pamiętaj, że zawsze będziemy cię kochać, nawet tam w niebie. – wyszeptał ledwo, a uścisk nagle zelżał. Łzy polały się rzęsiście po jej policzkach. Zamknęła martwe powieki matki i ojca.
- TY POTWORZE!! – warknęła na Samaela.
- Trzeba było się zgodzić, to twoi rodzice mogli by sobie jeszcze szczęśliwie pożyć i nie musiałbym cię szantażować, żebyś poszła ze mną.
- Nigdzie z tobą nie pójdę!
- Szkoda będzie Winchesterów. – zaśmiał się szyderczo.
- Nie waż się ich tknąć. – powiedziała przez zaciśnięte zęby.
- Nic mi nie zrobisz, mała łowczyni.
- Ona nie, ale ja tak. – Dean stał z pistoletem wymierzonym w Samaela. Sam stał za nim, miał krew na ustach, którą pośpiesznie wytarł.
- Gdzie Ezekiel?
- Ezekiel jest tam gdzie jego miejsce, czyli w piekle. – odparł z chytrym uśmieszkiem, brat Dean’a. – Teraz twoja kolej.
 W oczach Samaela palił się gniew. A potem wielka, czarna mgła wyłoniła się z ust opętanego człowieka i Samael znikł. Reszta demonów zrobiła to samo. Holly zaczęła głośno szlochać nad ciałami rodziców. Czuła się taka bezradna, cały jej świat nagle się zawalił. Dean podszedł do niej i przytulił ją. Ona zanurzyła się w jego ciepłe ciało. Pachniał wodą po goleniu. Sam kucnął obok nich.
- Trzeba ich . . .  – ale nie musiał dokańczać, bo dobrze wiedzieli, co miał na myśli, czyli spalenie zwłok. Dla łowców oznaczał to szacunek bliskim i innym łowcom. Holly była innego zdania.


*  *  *

W pobliskim lesie ułożyli ciała rodziców Holly na trawie i podpalili je. Ogień zaczął pochłaniać zwłoki. Wpatrywała się w ogień, nieobecnym wzrokiem, a kiedy zaczął powoli gasnąć, ruszyła na skraj lasu. Bracia z smutkiem na twarzy, patrzyli się za oddalającą dziewczyną. Dean mimo protestów Sam’a, aby zostawić ją na chwilę samą, ruszył za nią. Siedziała na pniu drzewa i wpatrywała się na panoramę miasta Orlando. Dean usiadł obok niej. Nie spojrzała na niego, tylko dalej wpatrywała się w przestrzeń. Siedzieli przez chwilę w milczeniu, aż w końcu Dean odezwał się:
- Moi rodzice też zostali zamordowani przez demony Samaela 
- Przykro mi.- spojrzała na niego.
- Mi też. Ale chociaż mamy wspólnego wroga.- uśmiechnął się smutno.
- Tak . . . – szepnęła i oparła się o jego ramię. Poczuła lekkie napięcie jego mięśni. Uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała ostatni raz na Orlando. Miała nadzieję, że nigdy już tu nie wróci.



niedziela, 21 kwietnia 2013

Rozdział I



W pobliskim motelu w Beatty w stanie Nevada, Dean leżał na łóżku w jednym z małych pokoi, przeglądając lokalną gazetę. Kiedy drzwi się otworzyły, usiadł na skraju łóżka. Jego brat podał mu kawę, a on otworzył wieczko i zrobił spory łyk.
- Ale tego potrzebowałem – powiedział oblizując wargi.
Sam uśmiechnął się lekko i usiadł naprzeciwko Dean’a.
- Znalazłeś coś? – spytał
- No pewnie. – uśmiechnął się szeroko i otworzył czarny laptop, odwracając ekran w stronę Sam’a. – 1347 mil stąd w Kansas w miasteczku Morganville ludzie zaczęli się dziwnie zachowywać. W jeden dzień sąsiad zamordował sąsiada, dziecko zasztyletowało starszą panią, mąż zabił żonę i własne dzieci. –  Dean wykrzywił usta w grymasie obrzydzenia – To nie jest normalne. Wydaję mi się, że to sprawka demonów.
- No to ruszamy. – odparł Sam, wyciągając z pod łóżka torbę pełną broni. Wcisnął do niej jeszcze parę ubrań i wyszedł z pokoju.
Dean dopił szybko kawę i zakładając na siebie skórzaną kurtkę, ruszył za bratem na parking, gdzie stał jego czarny samochód, Chevrolet Impala  z rocznika 67. Odpalił silnik i w blasku zachodzącego słońca ruszyli w drogę.

      *  *  *

Miasteczko Morganville niczym się nie różniło od innych miasteczek. Oprócz opustoszałych ulic i dziwnych zachowań ludzi. Dean i Sam jechali główną drogą, kiedy wystraszona, rudowłosa dziewczyna wyskoczyła im przed auto. Dean gwałtownie zahamował, a ona odbiła się od maski samochodu i upadła na jezdnię. Na szczęście nic się jej nie stało. Za nią szedł mężczyzna z zakrwawionym nożem. Sam wyskoczył z auta i wylał na niego poświęcona wodę. Mężczyzna opuścił nóż, a woda zaczęła się wżerać w jego ubrania, jak kwas. W tym czasie Dean wymierzył mu srebrnym  sztyletem cios w plecy, a demon wydał przeraźliwy krzyk i upadł martwy na drogę. Jednego demona mniej – pomyślał Dean i spojrzał na ciało mężczyzny.

Kiedy sprzątnęli zwłoki z jezdni i zaprowadzili dziewczynę do domu, każąc jej rozsypać sól przy każdym oknie i drzwiach, ruszyli dalej. Ulice Morganville nadal były puste, nie przechodził nimi żaden człowiek. Sam zastanawiał się czy ktokolwiek jeszcze tu żyje.
Dean zaparkował swojego Chevroleta na chodniku. Wyciągnął z bagażnika książkę z egzorcyzmami, więcej butelek poświęconej wody, sól, parę srebrnych sztyletów, które spakował do torby oraz dwa rewolwery naładowane nabojami z solą. Jeden z nich podał Sam’owi. Założył na ramię torbę i razem z bratem ruszyli chodnikiem. Na drzwiach jednego z budynków zauważyli narysowany pentagram.
- Chcieli się bronić – stwierdził Dean – ale nie zdążyli – wskazał na rozbite okna.
Sam zaczął się rozglądać po okolicy. Oczy Dean’a pobiegły za wzrokiem brata i skierowały się na dużą gromadę demonów, która szła w ich stronę.
- Cholera! – zaklął Dean – Jest ich za dużo, nie powstrzymamy ich wszystkich . . . i zablokowali nam przejście do auta. Pieprzone demony!
Sam bardziej opanowany, pociągnął brata do opuszczonego baru i zatrzasnął drzwi, rozsypują przy każdym wejściu sól.
- Super !– rzucił sarkastycznie – Demony nas otoczyły!
- Zamknij się chociaż na chwilę! – posłał Dean’owi wkurzone spojrzenie – Musimy ich sprowadzić w jedno miejsce i uwolnić ludzi od demonów.
- Ciekawe jak chcesz to zrobić – prychnął.
- Mam plan – skwitował Sam.

                                                                        *  *  *

Gdy zapadła noc, Sam przy drzwiach w dużej sali gimnastycznej zaczął rysować ogromny pentagram. Później przykrył go razem z bratem jakimś płótnem.
- Mam nadzieję, że się nie zorientują. – powiedział Dean.
- Będą zajęci czymś innym. – spojrzał na brata, odsuwając śnieżnobiałe zęby.
- O nie! – wiedział, co chodzi Sam’owi po głowie – Nie będę przynętą dla jakiś piekielnych czortów.
- Och, nie bądź mięczak. – wiedział, jak go podejść i parę minut potem Dean zgodził się.
Kiedy wszystko było przygotowane, Dean uzbrojony w rewolwer, wyszedł w ciemną noc przed wejściem do sali i zaczął krzyczeć:
- Ej!!! Pieprzone demony!! Wyjdźcie z ukrycia!! No chyba, że macie cykora!!
Rozejrzał się i zauważył jak z ciemności wyłaniają się demony. Było ich więcej niż przedtem. Dzieci, kobiety, mężczyźni opętani przez demony, ruszyli szybkim krokiem w jego stronę. Dean zaczął strzelać do nich. Sól ich nie zabijała, mogła tylko trochę ich zranić. Dean’owi zależało tylko na tym, żeby bardziej wkurzyć demony, i kiedy mu się to udało, zaczął się wycofywać przez wejście do budynku. Demony wbiegły na salę i nagle się zatrzymały, jakby były w jakiejś niewidzialnej pułapce.
- Mamy was. – uśmiechnął się zwycięsko Dean.
      
*  *  *

Sam okrążając pentagram, w którym były uwięzione demony, zaczął czytać egzorcyzmy po łacinie. Dean siedział na trybunach i zauważył, że przez otwarte drzwi, stoi dziewczyna, która przyglądała mu się uważnie. Była bardzo piękna. Jej długie, lekko kręcone na końcu, brązowe włosy opadały luźno na jej drobne ramiona. Jej rysy były gładkie i delikatne. Cerę miała subtelną. Była szczupła i wysoka. Na sobie miała czarny sweter i ciemne dżinsy. Idealna – pomyślał Dean. Gdyby tylko nie była opętana przez demona.
- Jeszcze jedna! – krzyknął do Sam’a i wybiegł za nią na zewnątrz.
Rozejrzał się, ale nigdzie jej nie zobaczył, ulice były puste. Nagle z tyłu ktoś go zaatakował.
- Nienawidzę walczyć z dziewczynami – mruknął
- A ja z żałosnymi facetami – wysyczał demon w ciele dziewczyny.
Dean wyswobodził się z ucisku dziewczyny na szyi i powalił ją na trawę. Usiadł na nią okrakiem i przytrzymał jej nadgarstki, żeby się nie uwolniła.
- I tak ci się nie uda wyrzucić mnie z ciała dziewczyny – zaśmiał się szyderczo demon.
- Chcesz się przekonać? – Sam zjawił się przy nich i zaczął wypowiadać słowa egzorcyzmu.
Demon zaczął się szarpać, a potem z ust dziewczyny wyłoniła się czarna mgła i rozpłynęła się w powietrzu. Dean przyłożył dwa palce na jej tętnicę szyjną, żeby sprawdzić puls, dziewczyna żyła, lecz była nadal nieprzytomna. Wziął ją na ręce.
- Co z resztą? – spytał brata.
- Nic nie pamiętają – odparł Sam. – A co robimy z tą dziewczyną?
- Zabierzemy ją na razie ze sobą.
- Ale . . .
- Nie możemy przecież jej tu zostawić. Jest nieprzytomna.
- No dobra – westchnął Sam i skierowali się w miejsce, gdzie ostatnio zostawili samochód. Kiedy doszli, Sam otworzył tylne drzwi auta, a Dean delikatnie ułożył dziewczynę na siedzenie. A potem ruszyli do najbliższego motelu w Kansas.

   *  *  *

Gdy dziewczyna się obudziła, Dean siedział przy niej. Rozejrzała się po pokoju, który był mały, ale przytulny. A potem spojrzała przerażona na chłopaka.
- Kim jesteś? I co ja tu robię?
- Wreszcie się obudziłaś – uśmiechnął się lekko do niej – Wiem, że na pewno mi nie uwierzysz, ale byłaś opętana przez demona, ja z bratem uratowaliśmy cię. – wyjaśnił.
- Och, pieprzony demon! – rzuciła zbulwersowana.
Dean spojrzał na nią całkowicie zaskoczony.
- Ty, wiesz o demonach?
- No pewnie, a tak po za tym to jestem Holly. – odparła z uśmiechem.
- Ja, Dean. – przedstawił się – Ale skąd wiesz?
- O demonach?
Przytaknął.
- Mój ojciec jest łowcą, to znaczy był, teraz jest tak jakby na emeryturze. Nie ma siły już na polowanie.
Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Sam z kanapkami i kawą.
- Ooo . . . obudziłaś się – rzucił entuzjastycznie i położył tacę na stół, a potem podszedł do dziewczyny i się przestawił:
- Jestem Sam.
- Holly. – uśmiechnęła się.
- Jej ojciec był łowcą. – odezwał się Dean.
- Serio? – Sam uniósł wysoko brwi.
- Tak – odpowiedziała.
- A jak cię zaatakował demon? – spytał Dean, podając jej kawę.
- Dzięki. – wzięła ją i upiła łyk – Uciekłam z domu . . . – westchnęła smutno, przypominając sobie kłótnie z ojcem -  . . . biegłam przez jakiś las, a potem znalazłam się na rozdrożu i wtedy mnie zaatakował.
- A czemu uciekłaś z domu? Jak można wiedzieć – zapytał uprzejmie Sam, siadając obok Dean,a.
- To przez ojca. Nie chciał bym została łowcą. Ciągle powtarzał, że jest to dla mnie niebezpieczne i  żebym sobie znalazła normalną pracę i założyła rodzinę. Ale ja tego nie chce.
- Muszę się z nim zgodzić. Ta robota jest niebezpieczna. – powiedział Sam.
- Nie jestem już mała. Umiem o siebie zadbać. – oburzyła się.
- Jesteś niedoświadczona. – stwierdził Dean.
- A właśnie, że jestem doświadczona, chodziłam na karate i na strzelectwo.
- To nie wystarczy.
- Och, zamknij się Sam. Ja nic innego nie pragnę, jak zostać łowcą. I wy mi w tym pomożecie. – uśmiechnęła się do chłopaków, a oni wymienili się spojrzeniami.
- Niby jak? – Sam spojrzał na nią marszcząc brwi.
- Będę z wami polować, a przy okazji bardziej mnie podszkolicie.
- Nie ma mowy. – Dean pokręcił przecząco głową – Jeszcze ci się coś stanie, a ja nie chce cię mieć na sumieniu. – podszedł do okna. Holly stanęła obok niego.
- Dean, proszę. Zgódź się. Bardzo mi na tym zależy.- ujęła go za rękę, a on spojrzał jej głęboko w oczy.
- Dobra. Zgadzam się.
Holly z radości mocno go wyściskała.
- Spokojnie, bo mnie udusisz. – zaśmiał się.
Nagle zadzwoniła komórka Sam’a. Odebrał ją, a jego smutny wzrok przeniósł się na Holly.




sobota, 20 kwietnia 2013

Prolog



Dziewczyna biegnąca przez gęsty las, nagle znalazła się na rozdrożu dróg.
Czuła, że coś ją goni. Jej oddech był szybki i płytki. Serce mocno waliło.
Przed nią niespodziewanie wyrosła ogromna, ciemna mgła.
To był demon, wiedziała to. Czarna mgła weszła w nią, a ona pogrążyła się w ciemność.