Monongahela National Forest. W południowej części lasu.
- To był super pomysł – pochwaliła go ciemnowłosa blondynka,
Cornelia. Rozpalała ognisko. Matt posłał jej promienny uśmiech. Poczuła znowu
motylki w brzuchu. Byli przyjaciółmi od przedszkola, ale ona chciała czegoś
więcej, tylko nie była pewna czy on też tego chce.
Isabelle o czarnych włosach
i bystrym wzroku wróciła z drewnem do ogniska. Towarzyszył jej chłopak, David,
blondyn, wyglądający zawsze jak gwiazda filmowa. Cornelia zazdrościła im tak
idealnego związku. Pragnęła by ją to też kiedyś spotkało, z Mattem oczywiście.
John i James rozkładali namioty, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Kiedy udało
się rozpalić ognisko, wszyscy usiedli wokół. Piekli kiełbaski. Noc pokryła cały
las. Słychać było w oddali odgłos sowy. Isabelle wtuliła się Davida, szeptając
mu coś do ucha. Później wstali i ruszyli w głąb lasu.
- Tylko nie pieprzcie się tam za długo. – rzucił za nimi
John. David pokazał mu środkowy palec i pociągnął dziewczynę za sobą. Niedługo
potem dobiegł przerażający wrzask Isabelle. James wyciągnął pistolet i wszyscy
ruszyli w stronę hałasu.
Kiedy dotarli, zobaczyli stworzenie przypominające człowieka,
które karmiło się ciałem Davida. Isabelle stała sparaliżowana trochę dalej,
opierała się o drzewo. Corneli zbierało się na wymioty. Potwór uzbrojony w
ostre kły i pazury, rozrywał ciało chłopaka. James wymierzył w potwora kilka
pocisków. Potwór ryknął, ale nie z bólu, był rozzłoszczony. Ruszył na Jamesa. Wbił
pazury w jego ramię, James wykrzywił twarz z bólu. Matt pociągnął dziewczyny w
miejsce, gdzie rozbili biwak. Biegli co sił w nogach, stwór dopadł również
Johna, a potem podążył za resztą. Przedzierali się jak najszybciej przez
roślinność, potwór był coraz bliżej. Zeskoczył z drzewa i złapał Matta i
Isabelle. Cornelia odwróciła się, Matt krzyknął:
- Uciekaj!! Cornelia, Uciekaj!!
Stwór pociągnął swoje zdobycze. Spojrzała ostatni raz i
wypełniła jego polecenie. Drżała na całym ciele, a nogi miała jak z waty.
Zauważyła namioty. Jeszcze trochę, wytrzymasz. – przykazała sobie. Nagle
potknęła się o gałąź i upadła, tracąc przytomność.
* * *
Holly oparta o maskę Impaly, obserwowała jak Dean wlewa
paliwo do baku samochodu. Znajdowali się na stacji, 5 km od Wirginii
Zachodniej. Sam wyszedł z sklepu, uśmiechając się.
- Jakaś nowa robota? – spytał brata, nie spoglądając na
niego.
- Tak. – odpowiedział – W Monongahela National Forest doszło
do strasznego wypadku. Dziewczyna, która przeżyła, mówiła, że napadł ich dziwny
człekokształtny stwór, ale nikt jej nie wierzy i uważają, że to niedźwiedź.
- Człekokształtny, mówisz? – na ustach Deana pojawił się
złośliwy uśmieszek. – Śmierdzi mi to wendigo.
- Czym?
- Nigdy nie słyszałaś o nich? – Dean podniósł brwi z
zaskoczenia – A podobno taka z ciebie dobra łowczyni. – i znowu ten uśmieszek.
Holly spiorunowała go wzrokiem. Dean był najbardziej wkurzającą osobą na
świecie.
- Wendigo pochodzi z indyjskiej mitologii. – zaczął
tłumaczyć Sam – Mówi się, że wcześniej byli to ludzie. Kiedy w zimie byli
odcięci od jedzenia, zjadali swoich towarzyszy. Im więcej jedli ludzkiego
mięsa, tym bardziej zamieniali się w potwory. Przez wiele lata hibernują się w
ciemnych, opuszczonych miejscach, a jak się już obudzą, zaczynają polować na
ludzi i robią ,,zapasy” na następne lata. Nasz wendigo właśnie teraz to robi.
- To okropne. – wyraz twarzy miała zniesmaczony.
- No to musimy powstrzymać naszego ,, niedźwiadka”. –
powiedział Dean.
- Jak?
- Ogniem. – odparł Sam.
* * *
Dojechali do miejscowego komisariatu. Sam wyciągnął pudełko,
w którym było pełno identyfikatorów.
- Wow! To prawdziwe? – na twarzy Holly pojawiło się
zdumienie. Sam przytaknął.
- Parę z nich już nie żyje, a reszta to takie debile, aż się
dziwię, że jeszcze mózgu nie zgubili – w głosie Deana było słychać pogardę.
- Mamy problem. Nie mam dla niej identyfikatora.
- Możemy ją przebrać za faceta. – wymamrotał. Sam spojrzał
na Deana jak na idiotę. – No co? – wzruszył ramionami – Jakieś wąsy się znajdą
. . .
- Nie będę się przebierać za faceta. – oznajmiła.
- A szkoda. Było by ci do twarzy. – zaczął się z nią
drażnić. Holly miała go już walnąć, ale Sam uciszył ich.
- Spokój! Nie będzie żadnych przebieranek, a Holly będzie
udawać praktykantkę.
- Bardzo seksowną praktykantkę. – posłał jej swój zabójczy
uśmiech.
- W twoich snach. – prychnęła i wyszła z auta. Sam nabijał
się z brata.
- Czego tak rżysz?
- Wreszcie jakaś dziewczyna oparła się twoim tandetnym
podrywom. Robisz się coraz gorszy w te klocki, stary.
- Nie prawda. – żachnął się. Sam poklepał go po ramieniu i
poszedł za Holly. Chwilę potem Dean zrobił to samo.
Środek budynku wyglądał tak jak inne komisariaty. Półki
zapełnione jakimiś dyplomami i pucharami i
sterta dokumentów walająca się na biurku, za którymi siedział siwowłosy
szeryf. Miał poważny wzrok i parę zmarszczek w kącikach ust i oczu oraz na
czole. Ubrany był w oliwkowy mundur policyjny.
- Dzień dobry. – przywitał się grzecznie Sam – Jestem Will
Collins, a to jest Cole Martin. – wskazał na Deana i pokazali swoje
identyfikatory. Zmierzył ich podejrzanym wzrokiem, a potem spojrzał na Holly.
- A ta dziewczyna?
- To Emy Johnson. Nasza praktykantka. Przysłali nas ze
Służby Leśnej w sprawie tego . . . no wie pan. – Dean spojrzał znacząco na
szeryfa.
- Wiem, ale nikt nas nie uprzedził o waszym przyjeździe.
- No tego można było się spodziewać po naszym szefie. – Sam
szturchnął dyskretnie brata, a ten
szybko spiorunował go wzrokiem i uśmiechnął się sztucznie do szeryfa.
Szeryf zmarszczył brwi.
- Po prostu nie było czasu was informować – wytłumaczył w
końcu Sam – a najważniejsze jest to, żeby ich odnaleźć.
- Tak.
- A możemy dostać adres tej dziewczyny? - kiwnął i podał
Samowi na kartce jej adres.
- Udanego śledztwa. – powiedział na pożegnanie.
Pojechali pod wskazany adres. Dom dziewczyny mieścił się
w Glenville na 304 East Mein Street. Budynek był wybudowany z czerwonej cegły.
Parterowy z ładnie udekorowanym kwiatami, gankiem. Sam zadzwonił na dzwonku do
drzwi. Otworzyła im ciemnowłosa blondynka. Była bardzo ładna. Miała wysokie
kości policzkowe, wyraźnie zarysowane, rysy twarzy delikatne i harmonijne jak u
Holly. Była drobnej postury. Na twarzy i na rękach miała niewielkie zadrapania,
pewnie od gałęzi, jak uciekała przed potworem. Holly zrobiło się jej żal,
pamiętała jak zobaczyła pierwszy raz demona, jak jej życie potem się zmieniło.
Dowiedziała się, że świat nie jest taki jak sobie wyobrażała, te wszystkie
potwory czające się w mroku. Po takim czymś, człowiek inaczej patrzy na świat,
jest bardziej skryty, bo wie, że nawet najbliżsi go nie zrozumieją. Ale Holly
miała wtedy wsparcie, jej rodzice byli łowcami, wiedzieli, że ich córka nie
wariuje, a ta dziewczyna męczyła się z tym wszystkim sama i to było najgorsze. Strasznie
tęskniła za rodzicami, zazdrościła dziewczynie, że i tak ma ich przy sobie, a
Holly ich straciła przez tego demona. Jej jedynym marzeniem było zgładzić
Samaela. Własnymi rękami.
- Hej. Cornelia, tak? – spytał Sam. Przytaknęła. – Jestem
Will. – przedstawił się – A to moi przyjaciele. Cole i Amy. – wskazał na nich.
– Jesteśmy ze służby leśnej w sprawie wczorajszego zdarzenia.
- Wchodźcie. – otworzyła szerzej drzwi. Przeszli przez
korytarz do pięknego salonu pomalowanego na biało. Przy prawej ścianie stała
czerwona, skórzana kanapa. Przed nią był mahoniowy stolik, a naprzeciw kanapy,
wisiał duży plazmowy telewizor. Po bokach na półkach stały stare figurki
indonezyjskie. Holly, Dean, Sam usiedli na kanapie. Cornelia zniknęła za
ścianą. Dean położył nogi na stoliku. Holly zmierzyła go groźnym wzrokiem , a
on przewrócił oczami i ściągnął nogi z blatu. Cornelia przyniosła ciasteczka i
kawę. Usiadła naprzeciw na fotelu.
- Więc jak to się stało? – zagaił Sam. Dziewczyna upiła łyk
kawy i zaczęła opowiadać:
- Wybraliśmy się do lasu na biwak. Ja, Matt, David, Isabelle, John i James. Siedzieliśmy
sobie przy ognisku, David i Isabelle poszli głębiej do lasu. Potem dobiegł nas
krzyk Isabelle. Pobiegliśmy tam, James zabrał ze sobą pistolet. Myśleliśmy, że
to jakieś dzikie zwierze, ale to wyglądało jak człowiek, obleczone było szarą
skórą. Widać było mu kości, twarz miał pomarszczoną. Jego długie ręce uzbrojone
były w szpony i miał ze 4 metry. Karmił się Davidem. – zrobiła chwilową przerwę
w mówieniu. Zaciskała dłonie, aż knykcie jej pobielały, ale to jej pomogło aż
tak nie drżeć. Opowiadała dalej – James strzelił do niego, ale on był jak
nieśmiertelny . . .
- Nieśmiertelny, nie. – wtrącił się Dean – A pociskiem go
tylko rozzłościsz.
- No więc – drążyła dalej – zaatakował Jamesa i Johna. Mi,
Mattowi i Isabelle udało się uciec, ale i tak nas dopadł. Porwał Isabelle i
Matta – nagle zaniosła się płaczem. Holly podeszła do niej i ją przytuliła. Cornelia
pociągła nosem. – Ja zemdlałam. Znalazł mnie potem przechodzący turysta. Proszę
pomóżcie mi ich znaleźć. – chlipnęła – Wszyscy myślą, że to niedźwiedź, ale ja
wiem co widziałam.
- Odnajdziemy ich. – Sam posłał jej blady uśmiech.
- No jasne. Wendigo już nie żyje. – uśmiechnął się Dean z
ustami pełnymi ciastek. Cornelia zaśmiała się.
- Przypominasz mi Matta. Zawsze umiał mnie rozśmieszyć. –
oczy dziewczyny zaszły znowu łzami. – Nie chce, żeby coś mu się stało.
- Nie stanie. – zapewniła ją Holly. Dziewczyna podziękowała
jej uśmiechem, a potem zapytała:
- A w ogóle co to te wendigo?
Sam opowiedział jej wszystko o tym potworze.
- O nie! Już po nich. – na jej twarzy pojawiło się
przerażenie.
- Nie. Wendigo swoje zapasy trzyma żywe, więc miejmy
nadzieję, że jeszcze ich nie pożarł. – Dean starał się dziewczynę jakoś
pocieszyć, ale nie wychodziło mu to. Była jeszcze bardziej wystraszona. – Ale spokojnie,
uwolnimy ich. – dodał szybko, by ją uspokoić.
Łowcy wstali i ruszyli do wyjścia. Cornelia zatrzymała ich.
- Idę z wami. – oznajmiła.
- Nie możesz, to dla ciebie niebezpieczne. – powiedział Sam.
- Mam to gdzieś! – tupnęła nogą jak małe dziecko, któremu odebrano zabawkę – Jeśli mnie nie zabierzecie, to sama pójdę ich odnaleźć. –
zagroziła. Sam westchnął.
- No dobra. Ale trzymaj się nas.
Cornelia zostawiła liścik mamie, w którym napisała, że
poszła nocować do kuzynki, która mieszkała w następnym mieście. Nie chciała by
mama się martwiła. Miała nadzieję, że nie będzie dzwonić do kuzynki i sprawdzać
czy naprawdę tam jest. Wzięła jeszcze ze sobą parę potrzebnych rzeczy i
wyjechali. Dwie godziny potem byli już przed wejściem do lasu. Powierzchnia
lasu wynosiła 3683 kilometrów kwadratowych. Zaparkowali Impale. Sam wyciągnął z
bagażnika broń, która miała podobną budowę do gaśnicy, ale strzelała ogniem. A potem
ruszyli w głąb lasu. Były tam przeróżne gatunki drzew. Iglaste mieszały się z liściastymi.
Cornelia zaprowadziła ich w to miejsce. Wszystkie rzeczy były już zebrane, został
tylko ślad po ognisku.
- To tu rozbiliśmy biwak. – powiedziała Cornelia – A tam
na wschód, ten stwór nas zaatakował.
- No to idziemy. Pewnie ma gdzieś tam jakąś kryjówkę. –
odezwał się Sam.
Kiedy szli, szukając jakiejkolwiek wskazówki, gdzie może się
podziewać wendigo, Caroline zagaiła:
- A tak naprawdę, kim jesteście?
- Co? – rzuciliśmy zaskoczeni we trzech, jednocześnie.
- Nie wyglądacie mi na strażników lasu. – uśmiechnęła się.
- Masz rację. Nie jesteśmy strażnikami. – przyznała Holly. –
Jesteśmy łowcami. Polujemy na różne potwory.
- Oooo . . . a jakie? Wampiry? – dopytywała.
- Tak i nie tylko. Ale nie są tak przyjazne jak w Zmierzchu. – dodał Dean.
- I nie boicie się?
- Nie – odparł dumnie Dean.
- Nie myśl sobie, że Dean niczego się nie boi. – Holly zmierzyła
go wzrokiem. – Zawsze nas ogarnia strach, ale nie możemy dopuścić by nas dopadł.
Musimy z tym walczyć. Staramy się wtedy myśleć o ludziach, którym uratowaliśmy
życie. To nam pomaga pokonać lęk.
- Też chciałabym być tak odważna.
- Jesteś. Przyszłaś tu ratować swoich przyjaciół przed
potworem. To jest właśnie odwaga.
- Ta, a potem i tak lądujesz w brzuchu wendigo. –
skomentował to Dean. Holly wzięła z ziemi patyk i wymierzyła nim w plecy Deana.
– Auuu!! – wymamrotał wkurzony. – Za co to?
- Za twoje głupie docinki. – wycedziła przez zęby. Dean
coraz bardziej doprowadzał ją do szału.
- Cicho bądźcie. – uciszył ich Sam. – Chyba znaleźliśmy jego
kryjówkę.
Potwór wylazł z jaskini i ruszył na dalsze polowania. Kiedy zniknął
z pola widzenia, Sam, Dean ruszyli na czele, skradając się do groty. W jaskini
było ciemno i pachniało czymś nieprzyjemnym, jakby rozkładającym się ciałem. Sam
włączył latarkę. Szli przez długi tunel, aż doszli do ,,spiżarni” potwora.
Cornelia podbiegła do Matta. Wisiał, przywiązany za ręce. Otworzył lekko oczy i
skierował swoją zmęczoną twarz na dziewczynę.
- Matt, jestem przy tobie. Zaraz będziesz wolny. – zaczęła się
szarpać z węzłem.
- Cornelia? Co ty tutaj robisz? – głos miał zachrypnięty.
- Przyszłam cię uratować.
- Nie. Uciekaj. Ten potwór tu wróci.
- Nie zostawię cię tu. Łowcy nam pomogą.
- Kto? – wychrypiał.
- Później ci wytłumaczę. Teraz musimy uciekać. – kiedy udało
się jej rozwiązać supeł, wzięła go pod ramiona. Sam pomógł Isabelle. Caroline
zobaczyła w kącie rozszarpane ciało Johna i Jamesa. Łzy polały się jej
rzęsiście. Matt spojrzał na nich, smutno. Straciła tak wiele przyjaciół. John i
James zawsze uśmiechnięci. David zawsze taki opiekuńczy i wyrozumiały. Na zawsze
ich takich zapamięta.
- Niech to szlak! – zaklął Dean – Idzie tu. – rzucił Holly
broń i schowali się niedaleko wejścia. Reszta też się schowała. Wielkie człekokształtne
stworzenie weszło w głąb pieczary. Łowcy zaatakowali go z tyłu i wymierzyli mu
gorące powitanie. Stwór ryknął przeraźliwie i spłonął, zostawiając po sobie
popiół.
* * *
- Dziękujemy wam, nie wiem co byśmy bez was zrobili. – wyściskała
łowców po kolei.
- Nie ma za co – Dean odparł z łobuzerskim uśmiechem, kiedy
Cornelia go przytuliła, a potem Isabelle. – To nasza praca.
Holly westchnęła. Co za żałosny dupek! – pomyślała. Miała ochotę
znowu go walnąć. Gdy się już pożegnali, weszli do samochodu.
- To gdzie teraz jedziemy? – spytał Sam.
- Może do Chicago. Zagramy w pokera. – podsunął Dean.
- No to do Chicago. – rzucił entuzjastycznie Sam. Ruszyli
w drogę.