sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział IV



Casino Party Kings 100 South State Street, Chicago.
-  Wygrałem. Znowu.  – Dean z ogromnym bananem na twarzy, podszedł do Holly i Sama, którzy siedzieli przy barze i popijali drinka. Zaczął tańczyć jakieś dziwne ruchy, do tego śpiewając:
- Jestem królem pokera, o tak! Nikt ze mną nie wygra, o tak!
- Dean, uspokój swoje hormony, jesteś w miejscu publicznym.
- Braciszku, nie bądź takim sztywniakiem, bo żadna cię nie będzie chciała.
Holly nie mogła się powstrzymać i parsknęła śmiechem. Sam zmroził ją wzrokiem.
- No co? Mógłbyś być trochę bardziej wyluzowany, za bardzo się spinasz.
- Nie prawda! – żachnął się i okręcił na krześle w stronę baru.
- Ooo… pan obrażalski się obraził – usiadł obok brata i poklepał go po ramieniu – Ej no, nie fochaj się, postawię ci drinka – posłał bratu słodki uśmiech. Sam spojrzał na brata i przymrużył powieki.
- Dobrze, ale chcę dużego i z parasoleczką. – uniósł dumnie brodę, ciesząc się w duszy, że udało mu się nabrać brata.  
Nagle do casyna wpadła przerażona dziewczyna. Miała czerwone włosy, z prostą grzywką opadającą na jej piękną owalną twarz. A na sobie miała czarną, krótką, gotycką sukienkę.
- Ludzie! Pomóżcie! Jakiś potwór zaatakował mojego chłopaka.
Nikt nawet nie zwrócił na nią uwagi, uważali ją za wariatkę i szkoda było im marnować na nią czas. Łowcy spojrzeli po sobie i jako jedyni podeszli do przestraszonej dziewczyny. Przedstawili się.
- Ja jestem Lena. – odparła czerwono włosa.    
- Co się stało? – spytał Sam.
- Mój chłopak . . . coś go . . . zaatakowało . . .  – była tak roztrzęsiona, że ledwo składała zdania.
- Dobrze, zaprowadź nas tam.
Łowcy poszli za dziewczyną. Po drodze Sam zabrał torbę broni, tak na wszelki wypadek. Nie wiadomo było z czym mieli do czynienia, a lepiej było się zabezpieczyć. Dziewczyna skręciła za róg casyna, łowcy podążyli za nią. Wszystkie sklepy były już pozamykane, tylko wystawy się świeciły. Znaleźli się w ciemnej, niezadbanej uliczce. Lena podbiegła do ciała chłopaka, które były strzępach. Dziewczyna zaczęła strasznie szlochać. Łowcy podeszli do niej. Holly przytuliła dziewczynę. Sam spojrzał na Deana i bezgłośnie ułożył usta w słowo wilkołak. Oczywiście w ciele chłopaka nie było serca. Dean spojrzał w niebo. No tak, pełnia. Czemu o tym zapomnieliśmy?
-  No to mamy problem. – powiedział cicho Dean.
- Lena!! – głos pochodził od jakiegoś chłopaka, który zbliżył się do nich. Miał kruczoczarne włosy, ubrany był normalnie, w zwykłe dżinsy i granatową koszulkę.
- Co ty tu robisz, Asher? – Lena odsunęła się od łowczyni i otarła szybko łzy.
- Przechodziłem tędy i zauważyłem cię. Co się stało? – chłopak był bardzo zaniepokojony. Lena podeszła do niego i wtuliła się. On objął ją.
- Alec nie żyje. – dziewczyna ponownie zaniosła się płaczem, a chłopak głaskał ją po włosach i uspokajał. Potem spojrzał nad jej ramieniem na braci i Holly.
- Kim wy jesteście?
- Teraz to nie ważne, trzeba ją stąd zabrać.


                                                                                 *   *   *

80 East Lake Street.
- Połóż ją tutaj. – Asher ułożył Lenę na kanapie i okrył ją szczelnie kocem. Dziewczyna zasnęła już w aucie. Zasługiwała teraz na długi odpoczynek po tym okropnym wydarzeniu.
- To powiecie mi kim jesteście? – zapytał ponownie.
- Łowcami. – odparł krótko Dean, nie patrząc na chłopaka. Usiadł na krześle i zaczął czyścić broń.
- Łowcami? – Asher był zaskoczony.
- Tak. Polujemy na potwory jak wampiry, demony, wilkołaki, duchy itp. – wyjaśnił Sam. Asher szczerze się zaśmiał.
- Wy sobie żartujecie? – dalej się śmiał, ale nagle spoważniał widząc, że nie było im do żartów. – Wy mówicie prawdę?
- Oczywiście. – odparła Holly – Wiem, że może być to dla ciebie irracjonalne, ale to prawda. Wszechświat skrywa wiele tajemnic.
- Więc Aleca zaatakował jeden z tych stworów? Ale jaki?
- Wilkołak.
- Tu w Chicago? 
- Potwory są wszędzie. Dobrze ukrywają się wśród ludzi. – Dean załadował broń i schował ją do torby. – Musimy go znaleźć, by nie było więcej ofiar. Te monstra są jak dzikie zwierzęcia, nie panują nad swoim instynktem,  szczególnie w czasie pełni.
- I czym go zabijecie?
- Srebrem.
- To na nie działa? Myślałem, że to tylko legendy.
- W każdej legendzie znajduje się ziarnko prawdy. – Sam rzucił na ramię torbę, którą podał mu brat – Ja z Deanem pójdziemy go poszukać, a ty Holly zostań tu.
Chłopcy skierowali się do drzwi, ale dziewczyna ich zatrzymała.
- Co? Czemu nie mogę iść z wami? – szepnęła bardzo cicho i zerknęła na Ashera, który był zajęty Leną. Głaskał ją delikatnie po policzku. Było w tym coś intymnego. Łowczyni wróciła wzrokiem do braci.
- Lepiej będzie jak tu zostaniesz . . . – odparł Dean.
- Jasne, chcecie mnie się tylko pozbyć – rzuciła wzburzona. – A co jeśli ten wilkołak tu przyjdzie?
- Wątpię.
- Skąd takie przekonanie, Dean?
-  Bo ja go zabiję i nie zdąży tu wejść.
- Jesteś za pewny siebie.
- Przeszkadza ci to?! – wysyczał głośniej przez zęby. Holly już otwierała usta, by się mu jakoś odgryźć, ale Sam zareagował:
- Koniec. Musimy iść. – i pociągnął brata do wyjścia. Łowczyni stała z zaciśniętymi pięściami i zębami, gapiąc się w drzwi. Miała go już serdecznie dosyć. Co on sobie wyobrażał? Nie był idealny. Nikt nie był. Nawet ona.   

                                                              
    *  *  *

Bracia wrócili z samego rana. Jednak żadnego wilkołaka nie złapali. Jakby się zapadł pod ziemię. To było dziwne. Łowcom to się nigdy nie zdążyło. Zawsze w czasie pełni się ujawniały, czy tego chciały czy nie. Rzadko przezwyciężały tę żądzę mordowania, po prostu miały to w genach, a moc pełni tylko to umacniała. Jedynym wyjściem było zapuszczenie się w jakimś lesie, z dala od ludzi. Czyżby on też to zrobił? Lena już się lepiej czuła, ale ból po stracie chłopaka nie znikł. Asher cały czas był przy niej, bardzo zależało mu na niej. Po śniadaniu dziewczyny poszły do kuchni, zmyć naczynia. Faceci oczywiście zmyli się do salonu, oglądać telewizję.
- Asher to twój były? – Lena właśnie podawała Holly ostatni talerz i o mało go nie opuściła. Na szczęście łowczyni miała dobry refleks.
- Przepraszam, nie potrzebnie się wtrącam.
- Nie, nic się nie stało. – wytarła ręce w ręcznik i oparła się o zlew – To było dawno temu. Byliśmy ze sobą bardzo długo. Znajomi mówili, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Dopełnialiśmy się. Wszystko było idealne do pewnego dnia, kiedy przyszedł nawalony, miał bardzo dużo niebezpiecznych zadrapań i ran. Chciałam go zabrać do szpitala, wyglądało to okropnie, ale on nie chciał. Opatrzyłam go tylko, bo na nic innego mi nie pozwolił. Bałam się, że może być jeszcze gorzej. Gdy pytałam się, co się stało, on milczał. Od tamtego czasu nie układało się nam, ciągłe kłótnie, jego zniknięcia na noc. Prowadziło to tylko do jednego, że ma kogoś. Zerwałam z nim. Był tym załamany, prosił mnie bym do niego wróciła, ale ja nie mogłam i nigdy do niego już nie wrócę. Nie wytrzymie  kolejnych kłamstw i tajemnic. Lepiej gdy nie jesteśmy razem.  – dziewczyna odwróciła twarz, powiedziała przepraszam i wyszła z kuchni.
Holly było jej żal. Ona nadal mocno kochała Ashera, ale przez te jego sekrety, nie mogła z nim być. Czy to naprawdę chodziło o kochankę? Czy ukrywał on coś innego, coś gorszego? Holly musiała się tego dowiedzieć, ale nie zamierzała mówić o swoich domysłach braciom. Sama chciała to rozwikłać.

                                                              
*   *   *


Winchesterowie ponownie  wyruszyli na poszukiwanie potwora, a Holly znowu została z Asherem i Leną. Czerwono włosa poszła się położyć do swojego pokoju. Natomiast łowczyni i chłopak czuwali w salonie. Nagle chłopak wstał i ruszył do wyjścia.
- Wiem, że to ty! – zawołała za nim. Kruczowłosy zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. Jego oczy były żółte, a z ust wystawały wielkie kły. Zaczął się zbliżać do niej. Holly pośpiesznie wstała i wyciągnęła srebrny sztylet. Wilkołak rzucił się na nią. Łowczyni w samą porę uchyliła się i wyminęła potwora. Wybiegła z budynku. Chłopak dopadł ją i przypiął do ściany. Sztylet wypadł jej z ręki. Była bezbronna, potwór był za silny.
- Nie pozwolę wam ją skrzywdzić!!! – warknął wilkołak.
- Nikt jej nie krzywdzi. – wyszeptała – Jedyną osobą, która to robiła, byłeś ty.
- Nie prawda!! Ja tylko chroniłem ją przed sobą. Robiłem to wyłącznie dla jej dobra.
- Dobra?! Niszcząc jej życie i zabijając jej chłopaka?
Asher odsunął się od łowczyni.
- On by ją wykorzystał, nie mogłem na to pozwolić, by znowu cierpiała. Gdy zauważyłem ich w tej uliczce i jak on się do niej przylepiał, chociaż ona go odpychała . . . nie mogłem na to patrzeć, wiedziałem, że jej coś zrobi. Nie mogłem się powstrzymać i zabiłem go.
- A nie sądzisz, że czas jej wyznać prawdę? Zasługuje na to.
- Nie!!! – wydarł z siebie głośny ryk i skoczył na Holly. Dziewczyna zamknęła oczy i zasłoniła się rękoma. Czuła, że tego nie przeżyje. Ale nagle usłyszała wystrzał i wilkołak upadł przed nią na ziemię. Sam podbiegł do dziewczyny.
- Jesteś cała? – zapytał zaniepokojony. Holly przytaknęła. Spojrzała na ciało Ashera. Nie żył. Dean zajął się ciałem.
Kiedy wrócili do Leny, dziewczyna siedziała na kanapie, patrząc pusto przed siebie. Łowczyni usiadła obok.
- To on . . .?
- Tak, przykro mi. Wiem jak bardzo go kochałaś. On również mocno cię kochał. Chronił cię przed sobą i dlatego ukrywał kim naprawdę jest. – Lena spojrzała na Holly i przytuliła się do niej. Łowczyni odwzajemniła uścisk.
- Dziękuje. – powiedziała czerwono włosa.
- Nie masz za co. Chciałam, żebyś o tym wiedziała. – uśmiechnęła się do dziewczyny i podeszła do Deana i Sama.
Kiedy byli już przed budynkiem, Holly zatrzymała ich.
- Chłopcy, muszę wam coś powiedzieć.
Bracia odwrócili się w jej stronę.
- Ja . . . – zamilkła na chwilę, bała się ich reakcji, a zwłaszcza Deana, ale musiała im to powiedzieć – ja wiedziałam wcześniej, że Asher jest wilkołakiem. – spuściła głowę w dół. Sam milczał, natomiast Dean był wkurzony.
- Co?! Czemu nam tego nie powiedziałaś?!
Holly podniosła głowę i spojrzała na łowcę.
- Chciałam sama temu zapobiec.
- Ty rozumiesz, że komuś mogło się coś stać, gdybyśmy nie przybyli tu . . .  pomyślałaś o tym, co?! Wilkołak zabił by ciebie i Lenę.
- Nie zrobił by tego.
- To wilkołak, a nie jakiś słodki szczeniaczek! – zbliżył się do niej – Potwory nie zasługują na życie! Je trzeba tępić! – w oczach Deana wrzał gniew. Zaciskał ręce w pięści. Oczy łowczyni zaszkliły się łzami, chociaż starała się je nie pokazywać, ale nie umiała.
- Jedynym potworem jesteś ty!! – wykrzyczała chłopakowi w twarz i uciekła. Dean spojrzał za nią wstrząśnięty. Te słowa mocno go zabolały. Czyżby naprawdę stawał się tym, na co poluje?
- Dean? – Sam powoli podszedł do brata. Dean odwrócił się i wydał z siebie głośny krzyk. Rzucił torbą o ścianę, a cała zawartość rozsypała się na ziemię. Upadł na kolana i schował twarz w dłoniach. Sam stał trochę dalej i patrzył zmartwiony na brata.

Holly biegła przed siebie na oślep. Chciała się znaleźć jak najdalej od niego. Co ona mu takiego zrobiła, że tak ją nienawidzi? I czemu ją to tak cholernie bolało? Łowczyni biegnąc nie zauważyła mężczyzny i wpadła na niego. Upadła na chodnik. Mężczyzna wyciągnął do niej rękę.
- Nic ci nie jest? – zapytał.
- Nie, bardzo przepraszam. – ujęła dłoń i podniosła wzrok na mężczyznę. Odsunęła się od niego jak poparzona. Samael zaśmiał się.
- Miło cię znowu widzieć, Holly.
Łowczyni zaczęła się cofać. Na twarzy Samela nadal widniał ten demoniczny uśmiech. Dziewczyna odwróciła się i zaczęła biec najszybciej jak mogła. Wpadła w jakąś uliczkę i ruszyła w stronę drzwi. Zamknęła je szybko za sobą i pobiegła schodami na górę. W połowie drogi jej nogi zaczęły robić się wiotkie, nie mogła na nich ustać. Jej puls był przyśpieszony. Ledwo łapała powietrze. Przed oczami pojawiły się ciemne plamy. Upadła. Ostatnie co zobaczyła, były to oczy demona, które pochylały się nad nią.

niedziela, 28 lipca 2013

Rozdział III



Monongahela National Forest. W południowej części lasu.
- To był super pomysł – pochwaliła go ciemnowłosa blondynka, Cornelia. Rozpalała ognisko. Matt posłał jej promienny uśmiech. Poczuła znowu motylki w brzuchu. Byli przyjaciółmi od przedszkola, ale ona chciała czegoś więcej, tylko nie była pewna czy on też tego chce.
 Isabelle o czarnych włosach i bystrym wzroku wróciła z drewnem do ogniska. Towarzyszył jej chłopak, David, blondyn, wyglądający zawsze jak gwiazda filmowa. Cornelia zazdrościła im tak idealnego związku. Pragnęła by ją to też kiedyś spotkało, z Mattem oczywiście. John i James rozkładali namioty, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Kiedy udało się rozpalić ognisko, wszyscy usiedli wokół. Piekli kiełbaski. Noc pokryła cały las. Słychać było w oddali odgłos sowy. Isabelle wtuliła się Davida, szeptając mu coś do ucha. Później wstali i ruszyli w głąb lasu.
- Tylko nie pieprzcie się tam za długo. – rzucił za nimi John. David pokazał mu środkowy palec i pociągnął dziewczynę za sobą. Niedługo potem dobiegł przerażający wrzask Isabelle. James wyciągnął pistolet i wszyscy ruszyli w stronę hałasu.
Kiedy dotarli, zobaczyli stworzenie przypominające człowieka, które karmiło się ciałem Davida. Isabelle stała sparaliżowana trochę dalej, opierała się o drzewo. Corneli zbierało się na wymioty. Potwór uzbrojony w ostre kły i pazury, rozrywał ciało chłopaka. James wymierzył w potwora kilka pocisków. Potwór ryknął, ale nie z bólu, był rozzłoszczony. Ruszył na Jamesa. Wbił pazury w jego ramię, James wykrzywił twarz z bólu. Matt pociągnął dziewczyny w miejsce, gdzie rozbili biwak. Biegli co sił w nogach, stwór dopadł również Johna, a potem podążył za resztą. Przedzierali się jak najszybciej przez roślinność, potwór był coraz bliżej. Zeskoczył z drzewa i złapał Matta i Isabelle. Cornelia odwróciła się, Matt krzyknął:
- Uciekaj!! Cornelia, Uciekaj!!
Stwór pociągnął swoje zdobycze. Spojrzała ostatni raz i wypełniła jego polecenie. Drżała na całym ciele, a nogi miała jak z waty. Zauważyła namioty. Jeszcze trochę, wytrzymasz. – przykazała sobie. Nagle potknęła się o gałąź i upadła, tracąc przytomność.

*  *  *

Holly oparta o maskę Impaly, obserwowała jak Dean wlewa paliwo do baku samochodu. Znajdowali się na stacji, 5 km od Wirginii Zachodniej. Sam wyszedł z sklepu, uśmiechając się.
- Jakaś nowa robota? – spytał brata, nie spoglądając na niego.
- Tak. – odpowiedział – W Monongahela National Forest doszło do strasznego wypadku. Dziewczyna, która przeżyła, mówiła, że napadł ich dziwny człekokształtny stwór, ale nikt jej nie wierzy i uważają, że to niedźwiedź.
- Człekokształtny, mówisz? – na ustach Deana pojawił się złośliwy uśmieszek. – Śmierdzi mi to wendigo.
- Czym?
- Nigdy nie słyszałaś o nich? – Dean podniósł brwi z zaskoczenia – A podobno taka z ciebie dobra łowczyni. – i znowu ten uśmieszek. Holly spiorunowała go wzrokiem. Dean był najbardziej wkurzającą osobą na świecie.
- Wendigo pochodzi z indyjskiej mitologii. – zaczął tłumaczyć Sam – Mówi się, że wcześniej byli to ludzie. Kiedy w zimie byli odcięci od jedzenia, zjadali swoich towarzyszy. Im więcej jedli ludzkiego mięsa, tym bardziej zamieniali się w potwory. Przez wiele lata hibernują się w ciemnych, opuszczonych miejscach, a jak się już obudzą, zaczynają polować na ludzi i robią ,,zapasy” na następne lata. Nasz wendigo właśnie teraz to robi.
- To okropne. – wyraz twarzy miała zniesmaczony.
- No to musimy powstrzymać naszego ,, niedźwiadka”. – powiedział Dean.
- Jak?
- Ogniem. – odparł Sam.

*   *  *

Dojechali do miejscowego komisariatu. Sam wyciągnął pudełko, w którym było pełno identyfikatorów.
- Wow! To prawdziwe? – na twarzy Holly pojawiło się zdumienie. Sam przytaknął.
- Parę z nich już nie żyje, a reszta to takie debile, aż się dziwię, że jeszcze mózgu nie zgubili – w głosie Deana było słychać pogardę.
- Mamy problem. Nie mam dla niej identyfikatora.
- Możemy ją przebrać za faceta. – wymamrotał. Sam spojrzał na Deana jak na idiotę. – No co? – wzruszył ramionami – Jakieś wąsy się znajdą . . .
- Nie będę się przebierać za faceta. – oznajmiła.
- A szkoda. Było by ci do twarzy. – zaczął się z nią drażnić. Holly miała go już walnąć, ale Sam uciszył ich.
- Spokój! Nie będzie żadnych przebieranek, a Holly będzie udawać praktykantkę.
- Bardzo seksowną praktykantkę. – posłał jej swój zabójczy uśmiech.
- W twoich snach. – prychnęła i wyszła z auta. Sam nabijał się z brata.
- Czego tak rżysz?
- Wreszcie jakaś dziewczyna oparła się twoim tandetnym podrywom. Robisz się coraz gorszy w te klocki, stary.
- Nie prawda. – żachnął się. Sam poklepał go po ramieniu i poszedł za Holly. Chwilę potem Dean zrobił to samo.
Środek budynku wyglądał tak jak inne komisariaty. Półki zapełnione jakimiś dyplomami i pucharami i  sterta dokumentów walająca się na biurku, za którymi siedział siwowłosy szeryf. Miał poważny wzrok i parę zmarszczek w kącikach ust i oczu oraz na czole. Ubrany był w oliwkowy mundur policyjny.
- Dzień dobry. – przywitał się grzecznie Sam – Jestem Will Collins, a to jest Cole Martin. – wskazał na Deana i pokazali swoje identyfikatory. Zmierzył ich podejrzanym wzrokiem, a potem spojrzał na Holly.
- A ta dziewczyna?
- To Emy Johnson. Nasza praktykantka. Przysłali nas ze Służby Leśnej w sprawie tego . . . no wie pan. – Dean spojrzał znacząco na szeryfa.
- Wiem, ale nikt nas nie uprzedził o waszym przyjeździe.
- No tego można było się spodziewać po naszym szefie. – Sam szturchnął dyskretnie brata, a ten  szybko spiorunował go wzrokiem i uśmiechnął się sztucznie do szeryfa. Szeryf zmarszczył brwi.
- Po prostu nie było czasu was informować – wytłumaczył w końcu Sam – a najważniejsze jest to, żeby ich odnaleźć.
- Tak.
- A możemy dostać adres tej dziewczyny? - kiwnął i podał Samowi na kartce jej adres.
- Udanego śledztwa. – powiedział na pożegnanie.


Pojechali pod wskazany adres. Dom dziewczyny mieścił się w Glenville na 304 East Mein Street. Budynek był wybudowany z czerwonej cegły. Parterowy z ładnie udekorowanym kwiatami, gankiem. Sam zadzwonił na dzwonku do drzwi. Otworzyła im ciemnowłosa blondynka. Była bardzo ładna. Miała wysokie kości policzkowe, wyraźnie zarysowane, rysy twarzy delikatne i harmonijne jak u Holly. Była drobnej postury. Na twarzy i na rękach miała niewielkie zadrapania, pewnie od gałęzi, jak uciekała przed potworem. Holly zrobiło się jej żal, pamiętała jak zobaczyła pierwszy raz demona, jak jej życie potem się zmieniło. Dowiedziała się, że świat nie jest taki jak sobie wyobrażała, te wszystkie potwory czające się w mroku. Po takim czymś, człowiek inaczej patrzy na świat, jest bardziej skryty, bo wie, że nawet najbliżsi go nie zrozumieją. Ale Holly miała wtedy wsparcie, jej rodzice byli łowcami, wiedzieli, że ich córka nie wariuje, a ta dziewczyna męczyła się z tym wszystkim sama i to było najgorsze. Strasznie tęskniła za rodzicami, zazdrościła dziewczynie, że i tak ma ich przy sobie, a Holly ich straciła przez tego demona. Jej jedynym marzeniem było zgładzić Samaela. Własnymi  rękami.
- Hej. Cornelia, tak? – spytał Sam. Przytaknęła. – Jestem Will. – przedstawił się – A to moi przyjaciele. Cole i Amy. – wskazał na nich. – Jesteśmy ze służby leśnej w sprawie wczorajszego zdarzenia.
- Wchodźcie. – otworzyła szerzej drzwi. Przeszli przez korytarz do pięknego salonu pomalowanego na biało. Przy prawej ścianie stała czerwona, skórzana kanapa. Przed nią był mahoniowy stolik, a naprzeciw kanapy, wisiał duży plazmowy telewizor. Po bokach na półkach stały stare figurki indonezyjskie. Holly, Dean, Sam usiedli na kanapie. Cornelia zniknęła za ścianą. Dean położył nogi na stoliku. Holly zmierzyła go groźnym wzrokiem , a on przewrócił oczami i ściągnął nogi z blatu. Cornelia przyniosła ciasteczka i kawę. Usiadła naprzeciw na fotelu.
- Więc jak to się stało? – zagaił Sam. Dziewczyna upiła łyk kawy i zaczęła opowiadać:
- Wybraliśmy się do lasu na biwak. Ja, Matt, David, Isabelle, John i James. Siedzieliśmy sobie przy ognisku, David i Isabelle poszli głębiej do lasu. Potem dobiegł nas krzyk Isabelle. Pobiegliśmy tam, James zabrał ze sobą pistolet. Myśleliśmy, że to jakieś dzikie zwierze, ale to wyglądało jak człowiek, obleczone było szarą skórą. Widać było mu kości, twarz miał pomarszczoną. Jego długie ręce uzbrojone były w szpony i miał ze 4 metry. Karmił się Davidem. – zrobiła chwilową przerwę w mówieniu. Zaciskała dłonie, aż knykcie jej pobielały, ale to jej pomogło aż tak nie drżeć. Opowiadała dalej – James strzelił do niego, ale on był jak nieśmiertelny . . .
- Nieśmiertelny, nie. – wtrącił się Dean – A pociskiem go tylko rozzłościsz.
- No więc – drążyła dalej – zaatakował Jamesa i Johna. Mi, Mattowi i Isabelle udało się uciec, ale i tak nas dopadł. Porwał Isabelle i Matta – nagle zaniosła się płaczem. Holly podeszła do niej i ją przytuliła. Cornelia pociągła nosem. – Ja zemdlałam. Znalazł mnie potem przechodzący turysta. Proszę pomóżcie mi ich znaleźć. – chlipnęła – Wszyscy myślą, że to niedźwiedź, ale ja wiem co widziałam.
- Odnajdziemy ich. – Sam posłał jej blady uśmiech.
- No jasne. Wendigo już nie żyje. – uśmiechnął się Dean z ustami pełnymi ciastek. Cornelia zaśmiała się.
- Przypominasz mi Matta. Zawsze umiał mnie rozśmieszyć. – oczy dziewczyny zaszły znowu łzami. – Nie chce, żeby coś mu się stało.
- Nie stanie. – zapewniła ją Holly. Dziewczyna podziękowała jej uśmiechem, a potem zapytała:
- A w ogóle co to te wendigo?
Sam opowiedział jej wszystko o tym potworze.
- O nie! Już po nich. – na jej twarzy pojawiło się przerażenie.
- Nie. Wendigo swoje zapasy trzyma żywe, więc miejmy nadzieję, że jeszcze ich nie pożarł. – Dean starał się dziewczynę jakoś pocieszyć, ale nie wychodziło mu to. Była jeszcze bardziej wystraszona. – Ale spokojnie, uwolnimy ich. – dodał szybko, by ją uspokoić.
Łowcy wstali i ruszyli do wyjścia. Cornelia zatrzymała ich.
- Idę z wami. – oznajmiła.
- Nie możesz, to dla ciebie niebezpieczne. – powiedział Sam.
- Mam to gdzieś! – tupnęła nogą jak małe dziecko, któremu odebrano zabawkę – Jeśli mnie nie zabierzecie, to sama pójdę ich odnaleźć. – zagroziła. Sam westchnął.
- No dobra. Ale trzymaj się nas.
Cornelia zostawiła liścik mamie, w którym napisała, że poszła nocować do kuzynki, która mieszkała w następnym mieście. Nie chciała by mama się martwiła. Miała nadzieję, że nie będzie dzwonić do kuzynki i sprawdzać czy naprawdę tam jest. Wzięła jeszcze ze sobą parę potrzebnych rzeczy i wyjechali. Dwie godziny potem byli już przed wejściem do lasu. Powierzchnia lasu wynosiła 3683 kilometrów kwadratowych. Zaparkowali Impale. Sam wyciągnął z bagażnika broń, która miała podobną budowę do gaśnicy, ale strzelała ogniem. A potem ruszyli w głąb lasu. Były tam przeróżne gatunki drzew. Iglaste mieszały się z liściastymi. Cornelia zaprowadziła ich w to miejsce. Wszystkie rzeczy były już zebrane, został tylko ślad po ognisku.
- To tu rozbiliśmy biwak. – powiedziała Cornelia – A tam na wschód, ten stwór nas zaatakował.
- No to idziemy. Pewnie ma gdzieś tam jakąś kryjówkę. – odezwał się Sam.
Kiedy szli, szukając jakiejkolwiek wskazówki, gdzie może się podziewać wendigo, Caroline zagaiła:
- A tak naprawdę, kim jesteście?
- Co? – rzuciliśmy zaskoczeni we trzech, jednocześnie.  
- Nie wyglądacie mi na strażników lasu. – uśmiechnęła się.
- Masz rację. Nie jesteśmy strażnikami. – przyznała Holly. – Jesteśmy łowcami. Polujemy na różne potwory.
- Oooo . . . a jakie? Wampiry? – dopytywała.
- Tak i nie tylko. Ale nie są tak przyjazne jak w Zmierzchu. – dodał Dean.
- I nie boicie się?
- Nie – odparł dumnie Dean.
- Nie myśl sobie, że Dean niczego się nie boi. – Holly zmierzyła go wzrokiem. – Zawsze nas ogarnia strach, ale nie możemy dopuścić by nas dopadł. Musimy z tym walczyć. Staramy się wtedy myśleć o ludziach, którym uratowaliśmy życie. To nam pomaga pokonać lęk.
- Też chciałabym być tak odważna.
- Jesteś. Przyszłaś tu ratować swoich przyjaciół przed potworem. To jest właśnie odwaga.
- Ta, a potem i tak lądujesz w brzuchu wendigo. – skomentował to Dean. Holly wzięła z ziemi patyk i wymierzyła nim w plecy Deana. – Auuu!! – wymamrotał wkurzony. – Za co to?
- Za twoje głupie docinki. – wycedziła przez zęby. Dean coraz bardziej doprowadzał ją do szału.
- Cicho bądźcie. – uciszył ich Sam. – Chyba znaleźliśmy jego kryjówkę.
Potwór wylazł z jaskini i ruszył na dalsze polowania. Kiedy zniknął z pola widzenia, Sam, Dean ruszyli na czele, skradając się do groty. W jaskini było ciemno i pachniało czymś nieprzyjemnym, jakby rozkładającym się ciałem. Sam włączył latarkę. Szli przez długi tunel, aż doszli do ,,spiżarni” potwora. Cornelia podbiegła do Matta. Wisiał, przywiązany za ręce. Otworzył lekko oczy i skierował swoją zmęczoną twarz na dziewczynę.
- Matt, jestem przy tobie. Zaraz będziesz wolny. – zaczęła się szarpać z węzłem.
- Cornelia? Co ty tutaj robisz? – głos miał zachrypnięty.
- Przyszłam cię uratować.
- Nie. Uciekaj. Ten potwór tu wróci.
- Nie zostawię cię tu. Łowcy nam pomogą.
- Kto? – wychrypiał.
- Później ci wytłumaczę. Teraz musimy uciekać. – kiedy udało się jej rozwiązać supeł, wzięła go pod ramiona. Sam pomógł Isabelle. Caroline zobaczyła w kącie rozszarpane ciało Johna i Jamesa. Łzy polały się jej rzęsiście. Matt spojrzał na nich, smutno. Straciła tak wiele przyjaciół. John i James zawsze uśmiechnięci. David zawsze taki opiekuńczy i wyrozumiały. Na zawsze ich takich zapamięta.
- Niech to szlak! – zaklął Dean – Idzie tu. – rzucił Holly broń i schowali się niedaleko wejścia. Reszta też się schowała. Wielkie człekokształtne stworzenie weszło w głąb pieczary. Łowcy zaatakowali go z tyłu i wymierzyli mu gorące powitanie. Stwór ryknął przeraźliwie i spłonął, zostawiając po sobie popiół.


*  *  *

- Dziękujemy wam, nie wiem co byśmy bez was zrobili. – wyściskała łowców po kolei.
- Nie ma za co – Dean odparł z łobuzerskim uśmiechem, kiedy Cornelia go przytuliła, a potem Isabelle. – To nasza praca.
Holly westchnęła. Co za żałosny dupek! – pomyślała. Miała ochotę znowu go walnąć. Gdy się już pożegnali, weszli do samochodu.
- To gdzie teraz jedziemy? – spytał Sam.
- Może do Chicago. Zagramy w pokera. – podsunął Dean.
- No to do Chicago. – rzucił entuzjastycznie Sam. Ruszyli w drogę.

wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział II



- Sam, co jest? – jego mina zaniepokoiła ją – Sam? – powtórzyła. Zerknął na brata, a potem znowu powrócił wzrokiem na Holly.
- Demony mają twoich rodziców.
Żołądek podszedł jej do gardła, zrobiło się jej niedobrze. Lekko się zachwiała. Dean chciał ją chwycić, żeby nie upadła, ale odepchnęła go.
- Nic mi nie jest – zapewniła go i wzięła torbę, kierując się do wyjścia.
- Nie możesz tam iść! – zawołał za nią Sam.
- Tam są moi rodzice! – szepnęła gorączkowo – Nie mogę zostawić ich na pastwę demonów. – rzuciła torbę na łóżko i usiadła na nim, chowając twarz w dłoniach.  – To moja wina. Nie powinnam uciekać z domu. Powinnam z nimi zostać.
Dean usiadł obok niej.
- Nie prawda. Skąd mogłaś o tym wiedzieć.
- To było oczywiste, że będą mnie szukać. Od dziecka ukrywam się przed nimi.
- Co? – Sam był naprawdę zaskoczony. – Czego od ciebie chcą?
- Nie wiem.  – skłamała. Dobrze wiedziała czego chcą , ale nie chciała im tego mówić.
- No to teraz tym bardziej nie możesz tam iść, na pewno to pułapka. – Dean wstał i zaczął powoli kierować się do drzwi.
- I tak pójdę! – krzyknęła za nim. Odwrócił się do niej.
- Wiem, i dlatego idę bo broń, musimy się przygotować. – obdarzył ją swoim szelmowskim uśmiechem i wyszedł.

           *  *  *


Jechali drogą nr 70, łączącą Kansas i St. Louis. Dean prowadził, obok niego na miejscu pasażera siedział Sam, a Holly z tyłu. Nagle przeszła ją okropna myśl, że nie zdążą, że jej rodzice . . . Odsunęła ją szybko i spojrzała na Dean’a. Patrzył w skupieniu na drogę, zerkając raz od czasu na Holly.
- Aż tak jestem piękny, że się tak we mnie wpatrujesz? – uśmiechnął się łobuzersko do lusterka.
- Skromny na pewno. – posłała mu ironiczny uśmiech. – A czy piękny, o tym mogłabym jeszcze podyskutować.
Sam zachichotał pod nosem, a Dean zmroził go spojrzeniem, później wrócił wzrokiem na drogę przed sobą. 

Piętnaście godzin potem byli w południowej części Stanów Zjednoczonych, w stanie Floryda, w rodzinnym mieście Holly na przedmieściu Orlando. Dean wjechał na ulicę Colyer i zaparkował przy domu z nr 1036. Na ulicy było dziwnie pusto jak na poranną porę dnia. Holly wysiadła z samochodu. Dom parterowy w kolorze kremowym wydawał się jakby opuszczony, ganek od frontu był pusty, a okna zasłonięte zasłonami, ale Holly dobrze wiedziała, że w środku są jej rodzice . . . razem z demonami. Sam wyciągnął broń i inne rzeczy potrzebne w obronie przed demonami. Przeszli na tyły domu. Dean szperał chwilę przy oknie, a kiedy udało mu się je otworzyć, po cichu wszedł przez nie. Za nim ruszyła Holly a potem Sam. W kuchni było trochę ciemniej niż na zewnątrz. Holly potknęła się i upadła prosto w ramiona Dean’a. Spojrzeli sobie głęboko w oczy, Dean’a ta sytuacja widać bardzo bawiła, ale nie Holly. Odsunęła się szybko od niego. Była wdzięczna, że odwrócił wzrok i nie zauważył jej rumieńców, które oblały jej drobne policzki. Kuchnia niczym się nie zmieniła od jej ucieczki z domu. Piękne meble z jasnego drewna stały w lewym rogu pomieszczenia, na środku był w tym samym odcieniu drewna, stół z czterema krzesłami. Ściany były pomalowane na jasną zieleń. Dean podszedł do lekko uchylonych drzwi i zaczął podsłuchiwać. Holly z Samem zbliżyli się. Usłyszeli głosy:
- Ile jeszcze będziemy czekać, panie? – spytał jeden z demonów.
- Jeszcze chwilę, Ezekielu. – odpowiedział głos niski i władczy. Holly przeszedł zimny dreszcz po całym ciele. Znała ten głos. To był Samael. Ten sam przed którym ukrywała się. Nagle zrobiło się cicho, za cicho. Dean wyciągnął z kieszeni kurtki pistolet 9mm Glock i szybko naładował go. Odsunęli się, drzwi do kuchni otworzyły się, przez nie wszedł demon. Miał włosy czarne, prawie do ramion i dziki wzrok. Siłą woli przypiął Dean’a  i Sam’a do ściany. Pistolet wypadł mu z dłoni. Holly chciała zaatakować demona, ale stanęła sparaliżowana, kiedy w pomieszczeniu znalazł się Samael.  Miał na sobie długi, czarny, męski płaszcz. Zimny wzrok skierował na Holly i uśmiechnął się do niej sztucznie.
- Jak miło cię widzieć. Znowu.
- Gdzie są moi rodzice? – spytała ostro, starając się nie pokazywać przerażenia w głosie.
- W salonie. – odpowiedział.
Spojrzała na chłopaków. Dalej byli przypięci do ściany. Po ich minach widać było, że aż korci ich by sprać te wszystkie demony. Ezekiel stał obok i uśmiechał się szyderczo. Holly chciała zaatakować któregoś, ale dobrze wiedziała, że nie jest na tyle doświadczona, żeby sobie poradzić z tymi dwoma, a co dopiero z resztą. Przeszła obok Samaela i ruszyła przez korytarz do salonu. Samael szedł za nią. Usłyszała za sobą krzyk Dean’a:
- Nie idź tam!! To pułapka!!
- Zamknij się, głupi łowco!! – warknął na niego Ezekiel.
W salonie rodzice siedzieli na krzesłach, byli związani, a w ustach wepchnięto im knebel. Ruszyła do nich, ale demony, które stały obok odepchnęły ją i upadła na podłogę. Ojciec Holly zaczął się wiercić, a demon uderzył go w twarz.
- Jeśli jeszcze raz się poruszysz, to wykręcę ci łeb. – wycedził demon o blond włosach.
Holly podniosła się i spojrzała z nienawiścią na Samaela.
- Czego chcesz??!!
- Nie udawaj głupiej, wiesz dobrze.
- Nie pomogę ci!
Kiwnął w stronę tych dwóch demonów stojących obok rodziców Holly, a oni szybkim ruchem wbili sztylety w rodzicielów dziewczyny, prosto w serce.  Przez knebel w ustach ich przeraźliwy krzyk z bólu został zdławiony. Demony odwiązały ich, a oni upadli na podłogę zakrwawiając dywan.
- NIE!!! – krzyknęła rozpaczliwie i podbiegła do nich. Upadła przy nich na kolana. Ojciec mocno chwycił ją za dłoń. Odwzajemniła uścisk i  chwyciła również dłoń matki.  
- Uważaj na siebie, córeczko i pamiętaj, że zawsze będziemy cię kochać, nawet tam w niebie. – wyszeptał ledwo, a uścisk nagle zelżał. Łzy polały się rzęsiście po jej policzkach. Zamknęła martwe powieki matki i ojca.
- TY POTWORZE!! – warknęła na Samaela.
- Trzeba było się zgodzić, to twoi rodzice mogli by sobie jeszcze szczęśliwie pożyć i nie musiałbym cię szantażować, żebyś poszła ze mną.
- Nigdzie z tobą nie pójdę!
- Szkoda będzie Winchesterów. – zaśmiał się szyderczo.
- Nie waż się ich tknąć. – powiedziała przez zaciśnięte zęby.
- Nic mi nie zrobisz, mała łowczyni.
- Ona nie, ale ja tak. – Dean stał z pistoletem wymierzonym w Samaela. Sam stał za nim, miał krew na ustach, którą pośpiesznie wytarł.
- Gdzie Ezekiel?
- Ezekiel jest tam gdzie jego miejsce, czyli w piekle. – odparł z chytrym uśmieszkiem, brat Dean’a. – Teraz twoja kolej.
 W oczach Samaela palił się gniew. A potem wielka, czarna mgła wyłoniła się z ust opętanego człowieka i Samael znikł. Reszta demonów zrobiła to samo. Holly zaczęła głośno szlochać nad ciałami rodziców. Czuła się taka bezradna, cały jej świat nagle się zawalił. Dean podszedł do niej i przytulił ją. Ona zanurzyła się w jego ciepłe ciało. Pachniał wodą po goleniu. Sam kucnął obok nich.
- Trzeba ich . . .  – ale nie musiał dokańczać, bo dobrze wiedzieli, co miał na myśli, czyli spalenie zwłok. Dla łowców oznaczał to szacunek bliskim i innym łowcom. Holly była innego zdania.


*  *  *

W pobliskim lesie ułożyli ciała rodziców Holly na trawie i podpalili je. Ogień zaczął pochłaniać zwłoki. Wpatrywała się w ogień, nieobecnym wzrokiem, a kiedy zaczął powoli gasnąć, ruszyła na skraj lasu. Bracia z smutkiem na twarzy, patrzyli się za oddalającą dziewczyną. Dean mimo protestów Sam’a, aby zostawić ją na chwilę samą, ruszył za nią. Siedziała na pniu drzewa i wpatrywała się na panoramę miasta Orlando. Dean usiadł obok niej. Nie spojrzała na niego, tylko dalej wpatrywała się w przestrzeń. Siedzieli przez chwilę w milczeniu, aż w końcu Dean odezwał się:
- Moi rodzice też zostali zamordowani przez demony Samaela 
- Przykro mi.- spojrzała na niego.
- Mi też. Ale chociaż mamy wspólnego wroga.- uśmiechnął się smutno.
- Tak . . . – szepnęła i oparła się o jego ramię. Poczuła lekkie napięcie jego mięśni. Uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała ostatni raz na Orlando. Miała nadzieję, że nigdy już tu nie wróci.