wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział II



- Sam, co jest? – jego mina zaniepokoiła ją – Sam? – powtórzyła. Zerknął na brata, a potem znowu powrócił wzrokiem na Holly.
- Demony mają twoich rodziców.
Żołądek podszedł jej do gardła, zrobiło się jej niedobrze. Lekko się zachwiała. Dean chciał ją chwycić, żeby nie upadła, ale odepchnęła go.
- Nic mi nie jest – zapewniła go i wzięła torbę, kierując się do wyjścia.
- Nie możesz tam iść! – zawołał za nią Sam.
- Tam są moi rodzice! – szepnęła gorączkowo – Nie mogę zostawić ich na pastwę demonów. – rzuciła torbę na łóżko i usiadła na nim, chowając twarz w dłoniach.  – To moja wina. Nie powinnam uciekać z domu. Powinnam z nimi zostać.
Dean usiadł obok niej.
- Nie prawda. Skąd mogłaś o tym wiedzieć.
- To było oczywiste, że będą mnie szukać. Od dziecka ukrywam się przed nimi.
- Co? – Sam był naprawdę zaskoczony. – Czego od ciebie chcą?
- Nie wiem.  – skłamała. Dobrze wiedziała czego chcą , ale nie chciała im tego mówić.
- No to teraz tym bardziej nie możesz tam iść, na pewno to pułapka. – Dean wstał i zaczął powoli kierować się do drzwi.
- I tak pójdę! – krzyknęła za nim. Odwrócił się do niej.
- Wiem, i dlatego idę bo broń, musimy się przygotować. – obdarzył ją swoim szelmowskim uśmiechem i wyszedł.

           *  *  *


Jechali drogą nr 70, łączącą Kansas i St. Louis. Dean prowadził, obok niego na miejscu pasażera siedział Sam, a Holly z tyłu. Nagle przeszła ją okropna myśl, że nie zdążą, że jej rodzice . . . Odsunęła ją szybko i spojrzała na Dean’a. Patrzył w skupieniu na drogę, zerkając raz od czasu na Holly.
- Aż tak jestem piękny, że się tak we mnie wpatrujesz? – uśmiechnął się łobuzersko do lusterka.
- Skromny na pewno. – posłała mu ironiczny uśmiech. – A czy piękny, o tym mogłabym jeszcze podyskutować.
Sam zachichotał pod nosem, a Dean zmroził go spojrzeniem, później wrócił wzrokiem na drogę przed sobą. 

Piętnaście godzin potem byli w południowej części Stanów Zjednoczonych, w stanie Floryda, w rodzinnym mieście Holly na przedmieściu Orlando. Dean wjechał na ulicę Colyer i zaparkował przy domu z nr 1036. Na ulicy było dziwnie pusto jak na poranną porę dnia. Holly wysiadła z samochodu. Dom parterowy w kolorze kremowym wydawał się jakby opuszczony, ganek od frontu był pusty, a okna zasłonięte zasłonami, ale Holly dobrze wiedziała, że w środku są jej rodzice . . . razem z demonami. Sam wyciągnął broń i inne rzeczy potrzebne w obronie przed demonami. Przeszli na tyły domu. Dean szperał chwilę przy oknie, a kiedy udało mu się je otworzyć, po cichu wszedł przez nie. Za nim ruszyła Holly a potem Sam. W kuchni było trochę ciemniej niż na zewnątrz. Holly potknęła się i upadła prosto w ramiona Dean’a. Spojrzeli sobie głęboko w oczy, Dean’a ta sytuacja widać bardzo bawiła, ale nie Holly. Odsunęła się szybko od niego. Była wdzięczna, że odwrócił wzrok i nie zauważył jej rumieńców, które oblały jej drobne policzki. Kuchnia niczym się nie zmieniła od jej ucieczki z domu. Piękne meble z jasnego drewna stały w lewym rogu pomieszczenia, na środku był w tym samym odcieniu drewna, stół z czterema krzesłami. Ściany były pomalowane na jasną zieleń. Dean podszedł do lekko uchylonych drzwi i zaczął podsłuchiwać. Holly z Samem zbliżyli się. Usłyszeli głosy:
- Ile jeszcze będziemy czekać, panie? – spytał jeden z demonów.
- Jeszcze chwilę, Ezekielu. – odpowiedział głos niski i władczy. Holly przeszedł zimny dreszcz po całym ciele. Znała ten głos. To był Samael. Ten sam przed którym ukrywała się. Nagle zrobiło się cicho, za cicho. Dean wyciągnął z kieszeni kurtki pistolet 9mm Glock i szybko naładował go. Odsunęli się, drzwi do kuchni otworzyły się, przez nie wszedł demon. Miał włosy czarne, prawie do ramion i dziki wzrok. Siłą woli przypiął Dean’a  i Sam’a do ściany. Pistolet wypadł mu z dłoni. Holly chciała zaatakować demona, ale stanęła sparaliżowana, kiedy w pomieszczeniu znalazł się Samael.  Miał na sobie długi, czarny, męski płaszcz. Zimny wzrok skierował na Holly i uśmiechnął się do niej sztucznie.
- Jak miło cię widzieć. Znowu.
- Gdzie są moi rodzice? – spytała ostro, starając się nie pokazywać przerażenia w głosie.
- W salonie. – odpowiedział.
Spojrzała na chłopaków. Dalej byli przypięci do ściany. Po ich minach widać było, że aż korci ich by sprać te wszystkie demony. Ezekiel stał obok i uśmiechał się szyderczo. Holly chciała zaatakować któregoś, ale dobrze wiedziała, że nie jest na tyle doświadczona, żeby sobie poradzić z tymi dwoma, a co dopiero z resztą. Przeszła obok Samaela i ruszyła przez korytarz do salonu. Samael szedł za nią. Usłyszała za sobą krzyk Dean’a:
- Nie idź tam!! To pułapka!!
- Zamknij się, głupi łowco!! – warknął na niego Ezekiel.
W salonie rodzice siedzieli na krzesłach, byli związani, a w ustach wepchnięto im knebel. Ruszyła do nich, ale demony, które stały obok odepchnęły ją i upadła na podłogę. Ojciec Holly zaczął się wiercić, a demon uderzył go w twarz.
- Jeśli jeszcze raz się poruszysz, to wykręcę ci łeb. – wycedził demon o blond włosach.
Holly podniosła się i spojrzała z nienawiścią na Samaela.
- Czego chcesz??!!
- Nie udawaj głupiej, wiesz dobrze.
- Nie pomogę ci!
Kiwnął w stronę tych dwóch demonów stojących obok rodziców Holly, a oni szybkim ruchem wbili sztylety w rodzicielów dziewczyny, prosto w serce.  Przez knebel w ustach ich przeraźliwy krzyk z bólu został zdławiony. Demony odwiązały ich, a oni upadli na podłogę zakrwawiając dywan.
- NIE!!! – krzyknęła rozpaczliwie i podbiegła do nich. Upadła przy nich na kolana. Ojciec mocno chwycił ją za dłoń. Odwzajemniła uścisk i  chwyciła również dłoń matki.  
- Uważaj na siebie, córeczko i pamiętaj, że zawsze będziemy cię kochać, nawet tam w niebie. – wyszeptał ledwo, a uścisk nagle zelżał. Łzy polały się rzęsiście po jej policzkach. Zamknęła martwe powieki matki i ojca.
- TY POTWORZE!! – warknęła na Samaela.
- Trzeba było się zgodzić, to twoi rodzice mogli by sobie jeszcze szczęśliwie pożyć i nie musiałbym cię szantażować, żebyś poszła ze mną.
- Nigdzie z tobą nie pójdę!
- Szkoda będzie Winchesterów. – zaśmiał się szyderczo.
- Nie waż się ich tknąć. – powiedziała przez zaciśnięte zęby.
- Nic mi nie zrobisz, mała łowczyni.
- Ona nie, ale ja tak. – Dean stał z pistoletem wymierzonym w Samaela. Sam stał za nim, miał krew na ustach, którą pośpiesznie wytarł.
- Gdzie Ezekiel?
- Ezekiel jest tam gdzie jego miejsce, czyli w piekle. – odparł z chytrym uśmieszkiem, brat Dean’a. – Teraz twoja kolej.
 W oczach Samaela palił się gniew. A potem wielka, czarna mgła wyłoniła się z ust opętanego człowieka i Samael znikł. Reszta demonów zrobiła to samo. Holly zaczęła głośno szlochać nad ciałami rodziców. Czuła się taka bezradna, cały jej świat nagle się zawalił. Dean podszedł do niej i przytulił ją. Ona zanurzyła się w jego ciepłe ciało. Pachniał wodą po goleniu. Sam kucnął obok nich.
- Trzeba ich . . .  – ale nie musiał dokańczać, bo dobrze wiedzieli, co miał na myśli, czyli spalenie zwłok. Dla łowców oznaczał to szacunek bliskim i innym łowcom. Holly była innego zdania.


*  *  *

W pobliskim lesie ułożyli ciała rodziców Holly na trawie i podpalili je. Ogień zaczął pochłaniać zwłoki. Wpatrywała się w ogień, nieobecnym wzrokiem, a kiedy zaczął powoli gasnąć, ruszyła na skraj lasu. Bracia z smutkiem na twarzy, patrzyli się za oddalającą dziewczyną. Dean mimo protestów Sam’a, aby zostawić ją na chwilę samą, ruszył za nią. Siedziała na pniu drzewa i wpatrywała się na panoramę miasta Orlando. Dean usiadł obok niej. Nie spojrzała na niego, tylko dalej wpatrywała się w przestrzeń. Siedzieli przez chwilę w milczeniu, aż w końcu Dean odezwał się:
- Moi rodzice też zostali zamordowani przez demony Samaela 
- Przykro mi.- spojrzała na niego.
- Mi też. Ale chociaż mamy wspólnego wroga.- uśmiechnął się smutno.
- Tak . . . – szepnęła i oparła się o jego ramię. Poczuła lekkie napięcie jego mięśni. Uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała ostatni raz na Orlando. Miała nadzieję, że nigdy już tu nie wróci.



1 komentarz: